20.08.2017

Filmy, do których nie wracam

"Incendies" reż. Denis Villeneuve, Kanada 2010

Rzadko kiedy oglądam filmy więcej niż raz. Mam kilka (no więcej niż kilka) evergreenów, które mogę oglądać w kółko, ale zazwyczaj nie wracam do filmów. Głównie dlatego, że ten czas wolę poświęcić na coś nowego, a czasem ze strachu przed popsuciem sobie pierwszego wrażenia. Boję się wracać do filmów, które mnie zachwyciły bo nic nie może się przecież równać z miłością od pierwszego wejrzenia :) Na razie nie wyobrażam sobie ponownego seansu np. „Wielkiego piękna” czy „I’am not there” gdyż w mojej głowie były to doświadczenia zmieniające moje postrzeganie świata. 

Jednym z takich powrotów, na jakie się odważyłam w ostatnim czasie, było ponowne obejrzenie „American Beauty”. Filmu, na który w liceum specjalnie zerwałam się na wagary (do dziś pamiętam nawet jak byłam ubrana w dzień, kiedy go widziałam!) Pozwoliłam go sobie obejrzeć ponownie ponad rok temu i byłam zdziwiona tym jak doskonale pamiętałam większość scen, a nawet dialogów! Rewatch „American Beauty” absolutnie nic nie zmienił w jego ocenie – nadal uważam go za arcydzieło współczesnego kina amerykańskiego. Ale wiem też, że nie każdy powrót do podziwianych kiedyś filmów kończy się w ten sposób, więc na wszelki wypadek po prostu wolę nawet nie ryzykować.

Są jednak filmy, do których nie wracam celowo. Kiedy przypadkiem trafię na nie w TV, instynktownie przełączam dalej. Uciekam od nich jak od ludzi, którzy kiedyś mnie skrzywdzili. To filmy, które poruszały mnie tak mocno, wywołały tak silne emocje, że nie chcę ich sobie fundować na nowo. Są zbyt ciężkie.

Oto moja lista, filmów zbyt ciężkich by obejrzeć je po raz kolejny:  

„Róża” reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2011

Już na sam dźwięk muzyki Mikołaja Trzaski żołądek podchodzi mi do gardła. Absolutnie nie potrafię oglądać tego filmu. O traumatycznym seansie podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego pisałam w recenzji "Róży" TU. Ta trauma wciąż mi nie minęła. To jest jeden z tych filmów, który wprost udowadnia nam istnienie tzw. lustrzanych neuronów czyli współodczuwania emocji, które widzimy u innych. Nie potrafię w tym przypadku zablokować u siebie tego procesu. „Róża” miętosi moje podbrzusze gorzej niż najgorsza miesiączka.


Gdy ktoś mnie pyta o ten film, zawsze, ale to zawsze odradzam oglądanie. Smarzowski zrobił film, który się nie tylko przeżywa, ale wręcz doświadcza. Dla mnie to doświadczenie ponad moje siły.


„Pogorzelisko” reż. Denis Villeneuve, Kanada 2010

Ból. Ból i bezradność. Z tym kojarzą mi się kanadyjskie „Incendies”. Ten film zostawia Cię absolutnie bez sił, do tego stopnia, że wychodzisz z kina jak otumaniony. Wręcz znieczulony piekielną dawką bólu. Jak fotoreporter, który wraca z wojny: widział tak wiele okrucieństwa, że przestaje cokolwiek czuć. 


To uczucie potęguje dodatkowo przeszywająca piosenka Radiohead „You and Whose Army?”.


„Czas, który pozostał” reż. Francois Ozon, Francja 2005

Wszyscy kiedyś umrzemy. Niby to wiemy, ale staramy się o tym na co dzień nie myśleć, staramy się myśleć o tym jak najmniej. A ten film nie pozwala myśleć o niczym innym, jak o śmierci właśnie. Ból istnienia, nieodwracalność naszego losu, nieunikniony koniec. I zero środków znieczulenia, zero pocieszania, sama czysta rzeczywistość. 


Ozon nie ma zamiaru nas oszczędzać. On pokazuje, że do śmierci nie da się przygotować, oswoić jej, pogodzić się z nią. Z każdym dniem przybliżamy się do naszego końca i to jest właśnie ten czas, który nam pozostał.



„Godziny” reż. Stephen Daldry, USA 2002

Ten seans również doskonale pamiętam. „Godziny” obejrzałam mieszkając w Paryżu, a po seansie miałam kilkudniową depresję. Bo to nie jest film, który o depresji opowiada. To jest film, który sprawia, że tę depresję się czuje. Wpada się w nią jak w wielką czarną dziurę. 


Do tej pory każda przypadkowa scena, zwłaszcza któraś z bloku z Julienne Moore, wywołuje u mnie okropne poczucie beznadziei. Boję się tego uczucia i chcę go sobie oszczędzić. 


„Nieodwracalne”, reż. Gaspar Noe, Francja 2002

O ile Ozon opowiada o nieodwracalności naszego losu, Noe pokazuje nieodwracalność naszych czynów. Są sytuacje, których nie da się zapomnieć, których nie leczy czas, które zmieniają nasze życie, nas o 180 stopni i z których nie ma już powrotu. Sytuacje, w których nie możemy zrobić nic, jesteśmy zupełnie bezradni.


Noe posunął się do granic dobrego smaku, sprawdzając nie tylko naszą wrażliwość, ale i fizyczną wytrzymałość. W jednej z pierwszych scen używa dźwięków, tak nieprzyjemnych dla ludzkiego ucha, że wręcz nie do zniesienia. Nasz system obronny słysząc je, każe nam uciekać. Mój system odpornościowy również karze mi trzymać się od tego filmu jak najdalej.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...