15.12.2016

Ranking polskich dramatów sądowych

kadr z filmu "Sprawa Gorgonowej"

W najbardziej poruszających filmowych historiach akcja skupia się na odwiecznej walce dobra ze złem. Mogą to być spektakularne bitwy albo zupełnie kameralne starcia nie na argument siły, a na siłę argumentów. I właśnie ten drugi rodzaj walki znajdujemy w filmach zwanych za oceanem „legal movies”, a u nas „dramatami sądowymi”, które akcję przenoszą z pól bitew do sądowych sal i gdzie orężem, jest nie broń, a słowo. 

Kto mnie zna, wie, że uwielbiam legal movies. Poniżej przedstawiam swój ranking polskich filmów z tego wciąż mało eksploatowanego u nas gatunku.


5. Bezmiar sprawiedliwości reż. Wiesław Saniewski, 2006


Film oparty na prawdziwych wydarzeniach. Na początku lat 90 brutalnie zamordowano młodą dziennikarkę telewizyjna w ósmym miesiącu ciąży, a o zabicie oskarżono kolegę z pracy, z którym miała romans.

Największą zaletą „Bezmiaru” jest to, że dochodzenie do prawdy oraz sam proces, ukazane zostały z trzech różnych perspektyw. Saniewski włącza nas w dyskurs o moralności i sprawiedliwości: okazuje się, że każdy z trzech punktów widzenia wnosi coś do historii, ale jednocześnie nie daje odpowiedzi na pytanie kto zabił?

Film wciąga bo jest śledztwem w śledztwie: świeżo upieczony prawnik rozbiera cały proces na czynniki pierwsze próbując dociec prawdy, a szperając w aktach znajduje mnóstwo wątpliwości i niewłaściwości. Oprócz rozwikłania zagadki zabójstwa ciekawi nas jak ta sprawa wpłynie na karierę młodego adepta prawa: czy zdecyduje się stać częścią wymiaru sprawiedliwości czy przestanie w sprawiedliwość wierzyć? 


4. Krótki film o zabijaniu reż. Krzysztof Kieślowski, 1987


Zrealizowany z dokumentalną precyzją do dziś chwyta za gardło swoim naturalizmem. Najpierw ze szczegółami oglądamy na ekranie zabójstwo taksówkarza, a później proces na sprawcy tego zabójstwa, z wykonaniem na nim kary śmierci.

Kieślowski biorąc na filmowy warsztat piąte przykazanie „Nie zabijaj”, postawił bardzo mocną tezę: zabójstwo w imieniu prawa niczym nie różni się od tego popełnionego „na ulicy”. Surowość filmu Kieślowskiego niemal kłuje w oczy. Wszystko zostało tak bardzo odarte z filmowej magii, że ciężko jest znieść to co widzimy na ekranie. Z kolei płomienne mowy na sali sądowej zmuszają nas do głębokich refleksji nad naturą prawa, naszym prawem do wydawania wyroków i samą istotą sprawiedliwości.


3. Bez znieczulenia reż. Andrzej Wajda, 1978


Historia wziętego reportera, któremu dość nieoczekiwanie wali się życie, to jeden z najbardziej pesymistycznych filmów reżysera. Bohaterowi rozpada się małżeństwo, traci posadę i szacunek kolegów. Wszystko nagle, bez powodu i uprzedzenia. Bez znieczulenia. 

Jest to w zasadzie dramat psychologiczny bo tylko jedna, ostatnia scena, dzieje się w sądzie. Ta kluczowa rozgrywka w pigułce ukazuje jak nasz bohater potraktowany został przez swoje otoczenie, a w większym obrazku to jak traktowani przez władzę byli obywatele PRL. W zeznaniach świadków nie ma krzty prawdy, zarzuty są absurdalne, adwokaci i sędziowie dążą do jak najszybszego zamknięcia sprawy po swojej myśli. A bezsilność i całkowite poddanie się bohatera wobec tej machiny uosabia pozycję jednostki w minionym systemie.


2. Człowiek na torze reż. Andrzej Munk, 1957


Czarno-biały film zrobiony w czasach stalinowskiej odwilży, jest zarówno tzw. filmem produkcyjnym, czyli opowiadającym o robotniczym kolektywie (w tym przypadku kolejarskim), jak i psychologicznym dramatem. Munk oczywiście przy użyciu zgrabnych sztuczek robotniczy mit od wewnątrz rozsadza, ale daje nam przy okazji opowieść o wielowymiarowym śledztwie.

Nie ma tu sali sądowej, ale jest dochodzenie, które ma pomóc dojść do prawdy. A zaczyna się od prawdziwego wystrzału: ginie człowiek, przejechany przez pociąg. Nie jest to przypadkowa osoba, to maszynista z dużym stażem, który dopiero co został zwolniony z pracy. Tajemniczą śmierć próbuje wyjaśnić kilkuosobowy zespół, przepytujący kolejnych świadków, jeszcze do niedawna kolegów z pracy zmarłego. Z każdej z tych retrospekcji wyłania się inny obraz bohatera.

Świetne studium ludzkiej psychiki, udowadniające, że nie ma „dobrych” i „złych”, i nic nie jest takie jakie się może wydawać.


1. Sprawa Gorgonowej reż. Janusz Majewski, 1977


Przeniesienie na ekran najgłośniejszej sprawy II Rzeczpospolitej. Rita Gorgonowa zatrudnia się jako opiekunka do dzieci u Henryka Zaremby, 41-latka samotnie wychowującego dwójkę dzieci, podczas gdy jego żona przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Młoda opiekunka i samotny pan dość szybko nawiązują romans, a z biegiem lat związek, choć nigdy nie sformalizowany, stanie się oficjalny w ich środowisku. Ale nie będzie go akceptować dorastająca córka Zeremby. Apogeum konfliktu przypadnie na 30 grudnia 1931 roku. Przy rodzinnej kolacji dochodzi do kłótni, a w nocy Lusia zostaje zasztyletowana we własnym łóżku przez nieznanego sprawcę. W 1932 roku rusza proces, który zelektryzuje międzywojenną opinię. 

W 1977 roku na kanwie tej historii powstał doskonały film Janusza Majewskiego, który skupia się głównie na samym procesie i przez jego pryzmat odtwarza poszczególne zdarzenia. Film podzielony jest na dwie części ze względu na fakt, że Gorgonową sądzono dwa razy. Po pierwszym wyroku z 1932 roku, proces wznowiono rok później. 

Majewski zrobił ten film z bardzo szlachetnym pobudek. "Chcieliśmy podkreślić fundamentalną zasadę prawa, że do skazania potrzebne są niekwestionowane dowody winy, a jeśli ich nie ma, to oskarżonego należy uniewinnić" - powiedział. I tak rzeczywiście jest. Widzom nie narzuca się żadnego punktu widzenia i pozwala samemu osądzić bohaterkę. Jest to również zasługa znakomitej obsady filmu, która gra jak z nut, a przecież przyszło im odtwarzać prawdziwe i skomplikowane postaci. 

Wybitne kino. 



Tekst ukazał się w magazynie KONCEPT 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...