17.02.2016

Creed. Narodziny legendy

"Creed" reż. Ryan Coogler, USA 2015

Doskonały powrót do nieśmiertelnej historii Rocky'ego idealnie osadzony we współczesnych realiach kina. Film, który zarówno porwie fanów tej bokserskiej sagi, jak i przekona do siebie młodych widzów. A gdy jest się gdzieś pomiędzy – zna doskonale oryginał, ale nie lubi odgrzewanych kotletów i jednocześnie ma wobec kina wymagania – zostaje się obsłużonym na 5 gwiazdek. Nie przesadzam.

Trzeba kochać tę historię żeby mieć do niej taki szacunek i kochać kino, by nie dawać sobie taryfy ulgowej. „Creed” ma w sobie wszystko to za co uwielbiamy Rocky'ego. Bez żenady wykorzystuje zgrane schematy, ale robi to tak, że my znowu dajemy się nabrać. A w takich właśnie chwilach objawia się największa magia kina: wierzymy w coś, o czym doskonale wiemy, że jest czystą kalkulacją. A mimo to, jak dzieci, dajemy się wziąć za rękę i zabrać w tę podróż. I przeżywać ją tak, jakbyśmy nigdy wcześniej nie oglądali tej historii. 

Sylvester Stallone zaimponował mi odwagą. Jego „Rocky” to przecież ikona, superbohater. W „Creedzie” widzimy legendę, która mierzy się z zapomnieniem i prozą życia. Z codziennością, z niepasowaniem do współczesnego świata, z samotnością. To nie jest postać żyjąca w glorii chwały. To zwykły starszy Pan, wiodący zwykłe życie. Nie ma w nim nic wyjątkowego, ani inspirującego. I może po raz pierwszy, w ciągu tych niemal 40 lat, widzimy najbardziej bezbronną i prawdziwą wersję Rocky'ego Balboa. A te momenty kiedy Sylvester Stallone bezbłędnie odgrywa zwykłość swojego bohatera są najbardziej poruszające. Bo my nie oglądamy tu tylko jednej legendy, tu oprócz Balboi stoi sam Stallone, który niemal pół wieku temu wykreował postać, która stała się synonimem hasła, że wiara czyni cuda, a jeśli tylko dasz z siebie wszystko, osiągniesz wszystko. Mam dla niego ogromny podziw, że on się z tą legendą zdecydował zmierzyć. Że odebrał jej cały splendor, a dał najbardziej ludzką twarz, jaką Rocky kiedykolwiek miał.  

Jest w „Creedzie” twist, może nie na miarę „Million Dollar Baby”, ale poważnie zmieniający ciężar filmu. I ten kolejny zamach na nasze emocje wychodzi twórcom perfekcyjnie. Znowu pociągane są właściwe sznurki, a my reagujemy tak jak powinniśmy. Oddajemy się tej historii jeszcze bardziej. Bo tym razem to nie jest walka ze sobą, to jest walka o siebie. Walka, do której czasem najtrudniej jest stanąć.

Ten film powstał by dać nowej generacji nowego bohatera – stąd nie jest to Rocky VII, a Creed. Więc przeżywamy to jeszcze raz: treningi w przeciętnej sali treningowej, biegi w szarym dresie, szare ulice Filadelfii, walka z samym sobą. Znamy to tak dobrze, a jednak znowu przeżywamy te same wzloty i upadki. I choć młody aktor spełnia się w swej roli świetnie i z pewnością wygrał sobie swoją własną bokserską serię, jest to film Stallone. Mimo, że jego Rocky już dawno usunął się w cień i choć zdawałby się, że nowe pokolenie potrzebuje już swojego bohatera, to ja wprost nie mogłam się doczekać pierwszej sceny z Sylvestrem Stallone.

W „Creedzie” jest wiele śladów starego Rocky'ego, które podano w bardzo świeży i współczesny sposób. Szary dres, ale w stylu dzisiejszych ulic, Filadelfia tak, ale pokazana przez nowe lokalizacje, słynna muzyka użyta w zaledwie fragmencie, walka finałowa wyreżyserowana w inny sposób niż robiło się to kilka dekad temu. Dzięki temu zakochujemy się w tym filmie, w tej historii, w tej postaci na nowo.

„Creed” wyszedł zarówno z czystej kalkulacji, jak i miłości do historii Rockiego. Doskonale się to ogląda, bo to piękna podróż po sentymentach, ubrana w nowoczesne szaty kina. Wielkie uznanie dla reżysera, który dokonał czegoś co się w zasadzie nie zdarza, było więcej możliwości by zrobić to źle, niż wyjść z eksperymentu obronną rękę. Trzeba było znaleźć kogoś kto kocha i szanuję tę historię tak samo jak Sylvester Stallone i podchodzi do niej z takim samym entuzjazmem.  

Pomaga mu niewątpliwie Sylvester Stallone, który odgrywa tu nie tylko rolę życia, ale jedną z lepszych ról sezonu. Jest przekonywujący, poruszający, porażająco szczery. Kompletnie się odsłania i chwyta tym za serce. Kiedyś chcieliśmy być Rockym, dziś chcielibyśmy mieć kogoś takiego w swoim narożniku.

To jedna z najbardziej inspirujących historii w dziejach kina. Wyciągała z dołku niejednego, pomagała pokonać strach i stanąć do walki. Kimkolwiek nie byłby przeciwnik. I to wciąż działa. Wciąż stawia Cię na nogi, daje siłę i wiarę. Nawet, a może zwłaszcza, gdy Twoim przeciwnikiem jest własne odbicie w lustrze. Krok po kroku. Sprawdza się nie tylko w ringu.

Obok „Pokoju” to największe emocjonalne uderzenie sezonu. Dawno tak się nie spłakałam w kinie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...