28.07.2015

Lost River

"Lost River" reż. Ryan Gosling, USA 2014

„Lost river” daje to uczucie, po które chodzę do kina – zabiera w inny świat. Bo choć film nie pozbawiony jest wad, tworzy w kinie jakąś magiczną atmosferę, która uwodzi. Mrokiem, bajkowością, niedopowiedzeniami. Ryan Gosling film sam napisał i wyreżyserował i jest on tak jak cała jego kariera: bezkompromisowy i bardzo „indie”.

Gosling-reżyser bez zażenowania zrzyna z Lyncha, Malicka, Refna i czerpie garściami ze stylistyki lat 80. Ale co z tego, skoro ma dobry gust? „Lost River” utula dziwną atmosferą, niepokojącym klimatem, tajemnicą. Jest filmem bardzo mocno wystylizowanym. Gosling bawi się kolorem, montażem, ujęciami. Używa wąskich, ciasnych wręcz kadrów, często operuje zbliżeniami twarzy. Czuć, że ten film jest w pełni jego. Naiwny, skopiowany z tego co dobrze zna, ale w tym wszystkim też po prostu szczery. To urzeka, bo on tego wcale nie ukrywa. Wykłada karty na stół, dzieląc się z nami swoimi inspiracjami i swoją wrażliwością w zupełnie dziecięcy sposób.

Estetyczna część filmu zdecydowanie przysłania wątłą treść. Bohaterowie to raczej archetypy postaci: piękna samotna matka, która walczy o przetrwanie, wykorzystujący jej trudną sytuację perwersyjny bogacz, psychopata trzęsący miastem, dorastający chłopak i ratująca go dziewczyna. Wszyscy oni są elementami skądś zaczerpniętymi. Elementami, które dobrze znamy z wielu innych historii. 

Najpoważniejszym wątkiem są tu zmagania Billy - matki dwójki chłopców, z zagrożeniem utraty domu. Zagrożenie jest poważne bo Billy nie ma pracy, wokół pełno jest pustych domów, coraz więcej z nich niszczy pożar. Taka jest rzeczywistość w okół niej, rzeczywistość Detroit.  

„Lost River” to w zasadzie film hołd dla miasta i mieszkańców Detroit. My w Polsce nie wyobrażamy sobie sytuacji gdy tak duża aglomeracja bankrutuje i zostaje pozostawiona sama sobie. W Detroit tak wygląda codzienność. To miasto na wpół umarłe, opuszczone, zatrzymane w czasie. Ciemne, puste i ciche. Jednocześnie magiczne, jakby wyjęte z baśni, albo raczej z koszmaru. Miasto po części zatopione, z zarośniętymi całymi ulicami. Widać, że ten film wyszedł z Detroit i z jego energii: tej, którą miało i tej, którą utraciło. Widać też, że podczas kręcenia ekipa weszła w Detroit, angażując tę energię i miejscowych ludzi.

Historia nie jest z rodzaju tych, w których należy doszukiwać się sensu czy logiki, bo nie jest to film, który ma w ten sposób na nas oddziaływać. On się bardziej odwołuje do emocji niż rozumowania. Bardziej niż wciągać w jakąś historię, wciąga w swój świat i klimat. Ja na seansie trochę odpłynęłam bo taka też jest jego dynamika i charakter – to forma snu, majaku, sennej mary. Mnie swoim klimatem bardzo przypominał też „Bestie z południowych krain”. Przez to same patrzenie na świat oczami dziecka.

"Lost River" jest w każdym calu goslingowe. Także w bardzo ciekawej obsadzie. Saoirse Ronan wypada jak zawsze fenomenalnie, to najdojrzalsza aktorka na planie. Eva Mendes świetnie sprawdza się w roli królowej przedziwnego teatru w stylu Danse macabre, Matt Smith daje radę jako kompletny szaleniec trzęsący miastem, a Christina Hendricks jest po prostu ikoną pięknej, samotnej matki.

Goslingowi można wiele zarzucić, ale czy ma to sens zależne jest od tego po co chodzicie do kina. Ja po to by się przenieść w inny świat i „Lost River” tę potrzebę absolutnie spełnia.


PS. Za parę lat, „Lost River” będzie filmem ocenianym znacznie lepiej niż teraz. Jestem tego pewna. 

Muzyka jest kluczowym elementem filmu 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...