10.06.2015

„Scena Zbrodni” (wersja reżyserska) i „Scena ciszy” na Docs Against Gravity

"The look of silence" reż. Joshua Oppenheimer, 2014

Z Joshuą Oppenheimerem łączy mnie uwielbienie dla twórczości Wernera Herzoga. On po obejrzeniu jego „Nawet karły były kiedyś małe” postanowił zostać filmowcem, ja po pierwszym zetknięciu z twórczością niemieckiego reżysera - „Rekolekcji na temat mroku” - pokochałam dokumenty. Łączy nas też podobne spojrzenie na rolę dokumentu i podobne wobec niego oczekiwania.

Choć urodzony w Texasie, Oppenheimer to zdecydowanie europejski reżyser. W zainteresowaniu tematami, w stylu pracy, w podejściu do zawodu, w stosunku do formy. Z resztą jego życie zawodowe od lat z Europą jest związane: nieszka, naucza i tworzy w Kopenhadze, na zmianę z Londynem.

Oppenheimer to artysta z bardzo wyrobioną wizją swojego zawodu, który mimo, że sam tego tak nie określa, ma swój własny dokumentalny manifest. Nie uważa się za opowiadacza historii, właściwie bardzo unika nadużywanego słowa „storyteller”. Wierzy w sprawczą, wręcz interwencyjną, moc dokumentu. Nie uznaje dokumentów robionych jak reportaży, na zasadzie montażu gadających głów. Nie jest zdania, że filmy dokumentalne mają być oknem na świat. One mają być czymś więcej - lustrem, w którym ten świat się odbija. Oppenheimer dostrzega ogromny marazm, który opanował dziennikarstwo na całym świecie. Media przestały być tymi, którzy szukają, a stali się tylko tymi, którzy przekazują. Dziennikarze sprowadzili się do roli stenotypistów władzy i to właśnie dokumentaliści przejęli na siebie ich rolę. Rolę odkrywania tego co zapomniane i ukryte, odłożone na bok, skrzętnie zamiecione pod dywan, zmarginalizowane. To oni stają po stronie społeczeństwa, a nie zadowalają się rolą bycia arbitrem władzy.

W 2013 roku Joshua Oppenheimer pokazał na festiwalu w Berlinie „Scenę zbrodni”. Film opowiadający o indonezyjskich szwadronach śmierci, które w latach 1965 – 66 pod zarzutem „bycia komunistą” w bestialski sposób wymordowały setki tysięcy osób. Ta okrutna i masowa zbrodnia nigdy nie została potępiona, a winni nie doczekali się ukarania. Co więcej, zbrodniarze pozostali u władzy i mają się dobrze. Żyją bez poczucia jakiekolwiek winy czy nawet świadomości, że zrobili coś złego. Oppenheimer po raz pierwszy usłyszał o tym ludobójstwie w 2003 roku od pracowników indonezyjskiej fabryki, o których robił film. To oni opowiedzieli mu o straszliwym zbrodniach, namawiając by to o tym nakręcił dokument. Przedstawili mu rodziny ofiar, następnie wskazali żyjących po sąsiedzku zbrodniarzy. Joshua przyznaje, że oprawców nie było trudno namówić na wyznania. Chętnie i ze szczegółami zwierzali się ze swoich czynów. Oppenheimer nie chciał jednak zrobić takiego filmu. Filmu, który byłby po prostu relacją z tych zdarzeń. On wymyślił proces, przy pomocy którego zbrodnie są odtwarzane na oczach widzów, będąc dla nich okropnym doznaniem, a dla katów zaś przeżyciem tych wydarzeń jeszcze raz. Efekt eksperymentu okazał się być wstrząsający. Szokuje przede wszystkim lekkość z jaką dręczyciele ponownie odgrywają swoje role. Wychodzi z nich duma z dokonanych czynów, zupełny brak poszanowania dla ludzkiego życia, niewyobrażalne okrucieństwo i całkowity brak empatii. Dopiero gdy Joshua odtwarza im nagrania z ich „występów” jeden z nich pęka. Pęka tama, którą przez lata skrzętnie w sobie budował by nie dopuszczać do siebie żadnych wątpliwości i wyrzutów sumienia. I wtedy nie ma już odwrotu. Waga i świadomość dokonanej zbrodni jest nie do uniesienia.

Po obejrzeniu reżyserskiej, dwu i pół godzinnej, wersji „Sceny zbrodni”, zadałam reżyserowi pytanie jak mógł znieść towarzystwo swoich bohaterów, skoro ja ledwo zniosłam ich obecność na ekranie? Jak mógł spędzać z nimi czas, rozmawiać, wchodzić w głębsze relacje i jak sobie z tym wszystkim co od nich słyszał radził? Co myślał gdy po kolejnym takim dniu kładł się spać? Jak w ogóle mógł spać? Ja podczas seansu kilkanaście razy byłam bardzo blisko tego, żeby opuścić salę kinową. Wyjść by się chronić. Swoją psychikę, wrażliwość, siebie. Ten film jest nie do zniesienia dla normalnego człowieka. To jest dwu i pół godzinny maraton okrucieństwa. Mnie naprawdę brakło sił i tchu. To jest przeżycie ekstremalne. Zbyt ekstremalne. Joshua był przygotowany na takie pytanie. W końcu spędził nad tym tematem 10 lat swojego życia. 10 lat słuchania setek historii gdzie nawet jedna z nich może spowodować utratę wiary w ludzki gatunek. A on się temu tematowi poświęcił. Totalnie oddał się sprawie. Nauczył się indonezyjskiego, narażał swoje bezpieczeństwo, nakręcił tony materiałów, przesłuchał tysiące świadków i sprawców. Żył z nimi i pośród nich. Z niektórymi, jak sam mówi, przez ten czas nawet w pewien sposób się zaprzyjaźnił. Oppenheimer o dziwo nie stał się po tym wszystkim piewcą teorii o upadku ludzkości. Powiedział, że poszedł szukać potworów, a znalazł ludzi. I jest to najbardziej przerażające i piękne w tej historii. Bo choć zajrzał w piekło, odnalazł nadzieję.

Wspomniany już przeze mnie Herzog stał się dla Oppenheimer kimś więcej niż duchowym wzorem. Joshua wysłał mu reżyserską wersję „Sceny zbrodni” i Werner z miejsca w ten projekt wszedł. Został nie tylko producentem, ale i wielkim sprzymierzeńcem filmu i jego reżysera.

W tym roku Oppenheimer przywiózł na festiwal Docs Against Gravity film „Scenę ciszy”, który jest naturalnym uzupełnieniem pierwszej „Sceny”. Podczas gdy „Zbrodnia” koncentrowała się na samym ludobójstwie i jego sprawcach, „Cisza” ukazuje rodziny ofiar tych zbrodni i zmowę milczenia, która wokół nich narosła. To druga strona tej samej karty. „Scena ciszy” ma bardziej kameralny wymiar. Skupia się rodzinie Adiego, którego brat zginął podczas czystek. Adi jest obwoźnym okulistą, jeździ od domu do domu, od wioski do wioski. Bada ludziom wzrok i dobiera odpowiednie szkła. Joshua szybko zorientował się, że Adi nie przez przypadek ma taki zawód. Że dąży do kontaktu ze starszymi ludźmi. Ludźmi, którzy byli świadkami lub wręcz czynnymi uczestnikami okrutnych zdarzeń. Adi szuka w ten sposób prawdy o losie swojego brata. Chce spojrzeć w oczy ludziom, którzy są odpowiedzialni za jego śmierć. Oppenheimer towarzyszy mu w tych konfrontacjach.

Nie byłby to film tak poruszający gdyby nie wyjątkowa postawa Adiego. To nie jest człowiek powodowany chęcią zemsty. Nie ma w nim potrzeby odwetu, czy nawet zadośćuczynienia. To człowiek, który szuka prawdy. Wystarczy mu, że usłyszy z ust oprawców co się stało z jego bratem. Że dowie się kto, jak i dlaczego go zabił. Oczywiście chciałby też dostrzec w ludziach odpowiedzialnych za śmierć brata skruchę i żal oraz usłyszeć przeprosiny, ale swoim zachowaniem nie daje tego odczuć. Adi jest bardzo spokojny, wyważony, cierpliwy, wręcz w pewien sposób wyrozumiały.

Jest moment, a nawet dwa kiedy, to reżyser, z reguły opanowany i pozostający w roli chłodnego obserwatora, wychodzi ze swojej roli. Pierwszy raz gdy proszony przez nagrywanego bohatera by przestał go nagrywać nie wyłącza kamery. Joshua przyznał potem, że przekroczył granicę, ale powiedział też, że zrobił to świadomie, przekładając ofiary, które czekają na prawdę, nad dobre samopoczucie oprawcy. Drugi, kiedy dobrze mu znana rodzina jednego ze zbrodniarzy, wypiera się przed kamerą wiedzy o jego czynach. I choć główny zainteresowany – Adi – odpuszcza, Josh naciska. Nie przestając nagrywać nalega na przyznanie prawdy.  

Obie „Sceny” powstały właściwie równolegle. Joshua wiedział, że z chwilą ukazania się pierwszego filmu, jego stopa nie będzie już mogła stanąć na indonezyjskiej ziemi. Skończył więc dwa filmy nim zdecydował się wypuścić pierwszy z nich. Nie mylił się. Otrzymuje pogróżki i w Indonezji stał się niepożądanym gościem.

Swoje filmy w Indonezji Joshua udostępnił za darmo w Internecie, aby jak największa liczba obywateli tego kraju mogła je obejrzeć. Zaczęli zgłaszać się do niego miejscowi dziennikarze, którzy mówili: „mam już dość cenzurowania tego tematu, chcę wreszcie o tym napisać”. Ruszyła fala.

Innym dowodem na realne działanie na rzecz ofiar jest zbiórka dla Adiego i jego rodziny, która została ogłoszona kilka miesięcy temu na amerykańskim festiwalu filmów dokumentalnych True/False. Dzięki dużej ofiarności ludzi udało się znaleźć im nowy dom i otworzyć Adiemu już stały, a nie obwoźny, gabinet okulistyczny.


Joshua Oppenheimer wywarł na mnie ogromne wrażenie. To artysta bardzo samoświadomy, z precyzyjną wizją swojego zawodu i roli reżysera w całym procesie powstawania filmu. Prawdziwy tytan pracy, człowiek niesamowicie inteligentny, całkowicie poświęcający się swoim projektom, a przy tym ciepły, skromny, otwarty. Spodziewałam się kogoś wycofanego, zdystansowanego, zamkniętego w swoim świecie, a poznałam człowieka, który swoimi poglądami zaraża i inspiruje. Tak, Joshua przede wszystkim inspiruje. Jest przykładem artysty, którego filmy mają znaczenie. Nie tylko są ważne, ale mają moc sprawczą. Są prawdziwym wezwaniem do działania. I jest w tym ogromna zasługa osobistego zaangażowania reżysera.


Filmy obejrzałam na : 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...