25.06.2015

Manglehorn

"Manglehorn" reż. David Gordon Green, USA 2014 

Łatwo trzasnąć za sobą drzwi, trudniej zamknąć na dobre drzwi do przeszłości. Pogodzić się z tym co było, co utraciliśmy, co odeszło bezpowrotnie. Zamknąć rozdział, ruszyć dalej. Ilu z nas przeszłość trzyma w swych szponach, ilu z nas żyje wspomnieniami nie potrafiąc skupić się na tu i teraz?

Angelo Manglehorn absolutnie tego nie umie. W jego głowie są w zasadzie tylko wspomnienia, jego życie kręci się wokół utraconych chwil. Wciąż rozmyśla, pisze listy do dawnej miłości, wraca do minionych dni.  

Samotny ślusarz kontakty z ludźmi ogranicza do minimum. Do krótkich rozmów z klientami, do jedzenia samotnie w stołówkach, do sporadycznych i niezbyt przyjemnych spotkań z synem. Ale najlepiej czuje się w towarzystwie swojej kotki. Nie przypadkowo to właśnie kot jest jego najlepszym przyjacielem - tak jak on nie wyraża emocji, dlatego tak bardzo do siebie pasują. Jedyną osobą, na widok której twarz Manglehorna się rozświetla, jest Dawn – pracownica Banku, w okienku której co piątek wypłaca pieniądze. Gawędzą sobie wtedy o swoich zwierzakach, o pogodzie, o pączkach. Te cotygodniowe wizyty to rytuał Angelo, a i Dawn zdaje się na nie czekać, witając go zawsze rozpromieniona.

Ale kiedy zdaje się, że los się uśmiecha do Angelo, kiedy daje mu szansę na coś nowego i jasnego w jego życiu, on tej szansy nie dostrzega. Nie łapie okazji, wręcz ją odrzuca i ostentacyjnie się od niej odwraca. Jest w zachowaniu Manglehorna coś z syndromu Aspargera: mówi rzeczy niewłaściwe i w niewłaściwych momentach. Jak podczas święta naleśników kiedy nagle zwierza się ze swych wojennych wspomnień, czy gdy na pierwszej randce komplementuje wygląd swej wybranki słowami: „wyglądasz jak koń wyścigowy”.

Postać Manglehorn została napisana specjalnie dla Ala Pacino, który był dla niej inspiracją. Wykreował on  kompleksowy obraz osoby unurzanej w melancholii, której życie opiera się na wiecznym spoglądaniu wstecz. Sam sobie nie pozwala tej przeszłości wypuścić z rąk i już nawet nie próbuje. Obsesyjnie się jej trzyma znajdując w tym swój sposób na przeżywanie życia. Jest w tym wszystkim też bezbronny. Bezbronny ze względu na swoją starość, bezbronny ze względu na róg, w który się zapędził. Żyje w czarno-białym świecie. Wszystko co nosi jest szare. Jego świat jest szary. Szary jak wspomnienia i przeszłość. Z kolei osoby, z którymi się styka są pełne barw. Jak Dawn, która nosi kolorowe sweterki czy wnuczka, z którą spotyka się na pełnym kolorów placu zabaw.  

Reżyser David Gordon Green to przedstawiciel niezależnego nurtu w amerykańskim kinie. Widać to w sposobie realizacji „Manglehorna”. Cały film opiera się w zasadzie na doskonałej roli Pacino, ale ma też swoje klimatyczne indie smaczki, jak zupełnie odjechana jednoujęciowa scena wypadku samochodowego z głównym udziałem arbuzów, nakręcona w zwolnionym tempie. Z kolei liczne monologi i rozważania głównego bohatera z offu przywodzą na myśl patos z filmów Malicka. Są tu też nawiązania do absurdu znanego z filmów innego niezależnego reżysera – Todda Solondza. To na przykład dziwna, nieprzyjemna dla widzów scena w restauracji, podczas której udziela nam się niezręczność całej sytuacji, kiedy Angelo podczas randki z Dawn opowiada o swojej ukochanej Clarze.

„Manglehorna” pochwalić można również za ciekawe rozwiązania castingowe. Oprócz Pacino, który rzeczywiście tworzy tu naprawdę mocną i poruszającą kreację, pozostali aktorzy świetnie mu partnerują. Urzeka swą rolą Holly Hunter jako Dawn. Hunter zagrała uroczą kobietę w średnim wieku, która jest zupełnym przeciwieństwem Angelo. Pełna ciepła i życzliwości, kochająca ludzi, głodna życia, otwarta i radosna. Bardzo dobrze wypadł Chris Messina jako syn Manglehorna. Ma w filmie tylko 2 sceny, ale obie są bardzo intensywne. Czuć w nich coś prawdziwego. Aktorzy się znają, jest między nimi bardzo dobra chemia. Iskrzy. Wchodzą w swe role naprawdę głęboko. Ale najciekawszym i zarówno najdziwniejszym wyborem okazało się zatrudnienie Harmony Korina do roli Garego – byłego ucznia Manglehorna. Harmony jest osobliwy i zabawny, zupełnie nieprzewidywalny w swej aktorskie grze i pozbawiony strachu czy wstydu. Jego postać jest nieobliczalna, wkurzająca, irytująca.

„Manglehorn” to z jednej strony film romantyczny o miłości, która nie mija i o niepogodzeniu się z utratą tej miłości. Jednak najbardziej jest to opowieść o poddaniu się i utracie wiary w jutro. O odwróceniu się od życia i o tym co tak naprawdę wtedy można stracić. Coś znacznie cenniejszego niż wyblakłe wspomnienia. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...