29.04.2015

W skandynawskim kinie bez zmian. "Druga szansa" i "Zabójcy bazantów"

„Zabójcy bażantów” reż. Mikkel Nørgaard, Dania 2014 

W skandynawskim kinie bez zmian. Mroczno, chłodno i estetycznie.


"Druga szansa" reż. Susanne Bier, Dania 2014



„Druga szansa” okazała się być niestety filmem szansy zmarnowanej.

Czasem jest tak, że film ma wszystko co potrzeba by być znakomity, a taki nie jest. Okazuje się, że można mieć świetnych aktorów i ich kompletnie nie wykorzystać, można mieć emocjonalną historię i przekombinować, można nakręcić wizualnie piękny film, ale nie poruszyć widza.

Film zaczyna się od zestawienia dwóch diametralnie odmiennych rodzin pochodzących z różnych społecznie światów. Policjant Andreas, wraz ze swoim partnerem, odwiedza dobrze znanego im przestępcę, który właśnie wyszedł z więzienia po kolejnym już wybryku. Znajdują go w istnej melinie, gdzie mieszka z dziewczyną i ich maleńkim synkiem. Andreas wpada w szał kiedy widzi jak zaniedbane jest dziecko i w jakich warunkach żyje cała trójka. Dotyka go to osobiście, bo jak się za chwilę dowiadujmy, sam ma nowo narodzonego syna. Tyle że on mieszka w pięknym domu nad jeziorem, ze śliczną żoną u boku.

„Druga szansa” w ramach kina komercyjnego porusza ważny społeczny temat: przemocy rodziców wobec dzieci. I wbrew pozorom nie przedstawia go jako problemu wyłącznie społecznych nizin. Susanne Bier zręcznie gra naszymi przekonaniami i stereotypowym myśleniem, by na końcu dać nam bolesną lekcję o mylących pozorach. Ja jednak po raz kolejny mam sporo zarzutów do jej pracy. Uważam Bier za niezbyt wysublimowaną manipulatorkę. Zamiast trzymać się scenariusza i grać na nim, zbyt często ucieka się do wizualnych sztuczek: przydługich, zupełnie niepotrzebnych cichych kadrów przedstawiających tafle jeziora, przyrodę, itp. Są to nic nie znaczące sceny. We mnie nie zbudowały one napięcie, a za każdym razem wybijały z historii i budziły irytację. Scenariusz sam w sobie również ma kilka grząskich momentów. Są uproszczenia, pójście na skróty – zwłaszcza w śledztwie policjantów, które odbierają całości wiarygodność i zaburzają ogólny odbiór historii.

Oprócz Nikolaja Coster-Waldau grającego główną rolę, reszcie obsady do grania dano niewiele. Kto ogląda „Banshee” wie, że sprowadzenie Ulricha Thomsena do tak nijakiego drugiego tła to po prostu zbrodnia. To jest aktor niesamowicie utalentowany, wszechstronny i charyzmatyczny. Jeśli jego postać zniknie z „Banshee”, to ja przestanę ten serial oglądać. Susanne Bier najwyraźniej „Banshee” nie ogląda skoro nie dała mu pola do popisu… Również Nikolaj Lie Kaas nie dostał szansy, na którą zasługuje. Jego epizod mógł być majstersztykiem, ale nie daje mu się do tego okazji.

Szkoda tych niezłych składników dla tak nieprzekonywującej całości.

Ps. Co to za pomysł żebyśmy w Polsce mieli 2 filmy Susanne Bier pod tytułem „Druga szansa”, jeden z 2007 roku drugi powyższy ?!


Film obejrzałam na Festiwalu Wiosna Filmów



„Zabójcy bażantów” reż. Mikkel Nørgaard, Dania 2014 


Oba filmy łączy aktor Nikolaj Lie Kaas.

2 lata temu pisałam o pierwszej części serii o Departamencie Q – „Kobiecie w klatce” – czyli jego pierwszej sprawie. Departament dalej funkcjonuje, dalej mieści się w czeluściach komisariatu, a szefostwo nie patrzy na niego przychylnym okiem i tylko szuka pretekstu by go zamknąć. Zmienił się zaś nieco jego skład, do dwójki detektywów dołączyła bystra asystentka.

Nowe śledztwo bierze na warsztat zbrodnię sprzed niemal ćwierćwiecza – okrutne zabójstwo dwójki nastolatków.

Nikolaj Lie Kaas jako detektyw Carl jest dokładnie taki sam jakiego go pamiętamy z pierwszej części  - totalnie skupiony na pracy. Odcina się od rzeczywistego świata, zapominając o rzeczach innych niż śledztwo. Nawet o własnej rodzinie. Nie spocznie póki sprawy nie zamknie. Takie zachowanie jest wyniszczające i ociera się już o obłęd. Carl jest niemiły, opryskliwy i bardzo zamknięty w sobie. Nie je, nie śpi, nie potrafi się wyłączyć. Ma obsesję. I szczęście, że trwa przy nim służbowy partner Assad (w tej roli ponownie Fares Fares). Partner, który wprowadza w tę relację odrobinę życzliwości, ciepła i humoru. Równie poświęcony sprawie, ale nie dający się nią zawładnąć. Jego cięte uwagi pod adresem Carla i próba przywrócenia go do pionu są jedynymi lżejszymi momentami filmu. Bowiem intryga "Zabójców bażantów" jest dość mroczna i rzeczywiście trzyma w napięciu do końca. Reżyserowi udaje się budować nastrój i historię tak, byśmy wciąż byli w niepewności i zastanawiali się co się wydarzyło te 20 lat temu.

Kryminały skandynawskie słyną z tego, że pod płaszczykiem zagadkowego thrillera przeważnie skrywają tak naprawdę kino społeczne. Podobnie jest w „Zabójcach”. W pięknych domach bogatych Duńczyków mieszka zepsucie i moralna degrengolada. Wszystko da się załatwić pieniędzmi, znajomościami, układami. Zamieść pod dywan wstydliwe fakty i pozbyć się niewygodnych świadków. Nie ma skrupułów i nie ma wyrzutów sumienia. Bogaci robią co chcą, biedni płacą za ich grzechy.

„Zabójcy bażantów” to nie jest przykład kryminału z najwyższej półki, to raczej typ porządnego, gatunkowego kina. Może reżyser Mikkel Nørgaard nie wymyśla gatunku od nowa, ale i też nie robi mu krzywdy. Można Duńczykom tej ich „fachury” zazdrościć. Podobnie jak przepięknych krajobrazów, designerskich wnętrz i nieszarżujących, solidnych aktorów.


Jeśli tak jak ja jesteście fanem kina ze Skandynawii polecam Wam 15. Festiwal Filmów Skandynawskich w Darłowie, odbywający się w dniach 20 - 26 lipca 2015 roku, nad którym skrawki kina objęły patronat. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...