18.01.2015

Ziarno prawdy

"Ziarno prawdy" reż. Borys Lankosz, Polska 2015 

Mroźny poranek wczesnej wiosny w Sandomierzu. W centralnym punkcie miasta znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Ciało jest gołe i doszczętnie pozbawione krwi. Gardło podcięte zostało bardzo ostrym narzędziem. Na miejsce zbrodni przybywa wyciągnięty z łóżka i od młodej kochanki prokurator Teodor Szacki. Profesjonalnym okiem, bez cienia emocji ocenia ciało denatki. Obok stoi roztrzęsiona, nie mogąca zebrać myśli Barbara Sobieraj. To ona powinna prowadzić tę sprawę, tak jak prowadzi inne sprawy w sandomierskiej prokuraturze od lat, ale po pierwsze nie miała jeszcze w swojej kariery morderstwa, po drugie ofiara jest, a raczej była jej przyjaciółką.

Jeśli czytaliście „Ziarno Prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego - wiecie co dzieje się dalej. Jeśli nie znacie książki – to dopiero wstęp. Policja znajdzie kolejne ciało, a media rozpętają prawdziwą burzę gdy padnie podejrzenie, że mogą to być mordy rytualne. Na wierzch wyjdą polsko-żydowskie niesnaski, legendy i mity. W całej tej histerii trudno będzie prowadzić śledztwo i znaleźć autora paskudnych zbrodni.

Z ekranizacjami popularnych książek zawsze wiążą się ogromne oczekiwania i obawy. Ja szczerze mówiąc nie lubię oglądać filmowych wersji powieści, które mi się podobały i choć kino jest miłością mojego życia, w walce książki z filmem w 90% przypadków staję za tym pierwszym. Niestety ciekawość przeważnie bywa silniejsza. „Ziarno prawdy” przeczytałam ledwie parę miesięcy temu, z resztą z polecenia czytelników bloga i stałam się fanem stylu Miłoszewskiego. Pochłaniam duże ilości książek, nigdy nie przepadałam jednak za kryminałami, o czym już tu kiedyś wspominałam, gdyż przeszkadza mi ich nieunikniona schematyczność. Co innego w kinie – tam wszelkiego rodzaju thrillery są jednym z moich ulubionych gatunków. Uważam, że w tym przypadku akurat kino może z kiepskiego kryminału zrobić dobry film. Czy więc „Ziarno prawdy” jest udaną ekranizacją, a co ważniejsze czy jest to dobry film ?

Umówmy się na początek, że nazywanie „Ziarna prawny” polskim „Siedem” jest grubą przesadą. Lankosz to nie Fincher, a „Ziarno” jest bardziej poprawnym kryminałem z dość dużym ładunkiem humorystycznym niż rasowym thrillerem. Kto się więc spodziewa scen mrożących krew w żyłach, wielkiego napięcia czy wszechobecnego mroku to tego tam nie znajdzie. Co nie zmienia faktu, że „Ziarno Prawdy” jest filmem sprawnie zrobionym i ogląda się go naprawdę dobrze. Zwarzywszy dodatkowo, że jest to rodzime kino gatunkowe – rzecz w naszej kinematografii niezwykle rzadka, to jest to już spory sukces.

„Ziarno” wygrywa przede wszystkim wspaniałymi dialogami. Dawno tak dobrze nie słuchało mi się żadnego polskiego filmu. Wymiany zdań są szybkie, celne, trafiające w punkt, przy tym bardzo często niesamowicie zabawne. I nie chodzi mi tu o jakiś przaśny humor, a raczej humor cięty, ironiczny, sarkastyczny. Plusem jest to, że nie dość, że dialogi są dobrze napisane, są też naturalnie zagrane. I tu przechodzimy do drugiej największej zalety filmu – aktorów. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że jeśli aktor ma dobrze napisany tekst i dobrego reżysera, który go poprowadzi, gra jak z nut. Brzmi to jak jakaś oczywistość, ale nie oszukujmy się – w polskim kinie to nie jest zjawisko aż tak powszechne. Casting w „Ziarnie prawdy” przeprowadzono wzorcowo. Poważnie, wszyscy idealnie pasują i wywiązują się ze swoich rol. Fenomenalny jest Jerzy Trela jako Wilczur - zgredziały bliski emerytury glina, naprawdę dobrze wypadają Andrzej Zieliński i Krzysztof Pieczyński – jako dwaj przykładni obywatele podejrzani o morderstwo, dobry jest Modest Ruciński jako resercher, nieźle Basię Sobieraj zagrała Magdalena Walach. W epizodach zapadają w pamięć Arkadiusz Jakubik, Jerzy Koman, Jacek Poniedziałek (świetny wątek i w książce i w filmie) czy izraelski aktor Zohar Strauss, który swoją scenę wykuł w polskim języku. Tym bardziej w tym doborowym towarzystwie kłuje w oczy, a raczej w uszy rola Aleksandry Hamkało - filmowej Klary. Niestety, to jest akurat obsadowa pomyłka. Aktorka jest śliczna, ale gra niemiłosiernie sztucznie. Jej teksty są drewniane, postać strasznie spłaszczona choć reżyser dał jej ogromną szansę rozbudowując jej bohaterkę jako jedyną w stosunku do książki. Jest to obsadowy zgrzyt.

Nie oszukujmy się jednak, że to fabuła albo jakieś poboczne postacie są w „Ziarnie Prawdy” najważniejsze. Najważniejszy jest oczywiście główny bohater - prokurator Teodor Szacki. Bohater w zasadzie odpowiedzialny za sukces całej serii Zygmunta Miłoszewskiego. Bohater, którego obsada wywołała wielkie emocje wśród fanów kryminalnej trylogii. Ja Szackiego z książki bardzo polubiłam i byłam ciekawa jego zmaterializowania się na ekranie, ale nigdy nie zrozumiem oceniania decyzji castingowych przed obejrzeniem filmu, dlatego te emocje były mi dość obce.

Robert Więckiewicz posiada cechę największych aktorów – na ekranie staje się kimś innym. Poza ekranem może za grosz nie przypominać Szackiego, ale wierzcie mi – w kinie będziecie z Szackim, nie z Więckiewiczem. Uroda jak wiemy jest to rzecz względna, zwłaszcza gdy rozmawiamy o płci męskiej. To nie zawsze musi być coś oczywistego, ani coś co zauważamy od razu. Na jednym końcu skali mamy Brada Pitta, na drugim jest Vincent Cassel. Ja na przykład wolę tego drugiego. To może być sposób poruszania się, postawa, gesty, sposób wysławiania się, poczucie humoru, intelekt, empatia. Jakaś tajemnica, błysk w oku, spojrzenie. Czasem cechy nieuchwytne, niedookreślone. Szacki w filmie to ma. Ma to coś. Czymś hipnotyzuje i zaskarbia sympatię widowni nawet się o to nie starając.

Prokurator Teodor Szacki nie przystaje do świata, w którym się porusza. Został zesłany z Warszawy, albo sam z niej uciekł do Sandomierza. Jest obcy, nowy, inny. Staje z boku, trochę się wywyższa, trochę się snobuje na lepszego od tego całego małomiasteczkowego tłumu. Chodzi własnymi ścieżkami, nie szuka przyjaciół. To typ człowieka lubującego się w swojej samotności, w swojej inności, trudnym charakterze, a przy tym posiadającego ogromną charyzmę, bystry umysł, cięty język. Robert Więckiewicz ma szczęście do ról stworzonych przez pisarzy. Jego Wałęsa także bronił się chwytnymi, krótkimi bon motami, które napisał mu Janusz Głowacki.

Trudność roli prokuratora (i ogólnie tego typu postaci) polega na ukazaniu procesu myślenia, dochodzenia do czegoś, rozwikłania zagadki. A myślenie na ekranie wychodzi różnie. Widz musi za tym procesem podążać i nie być ani przed, ani za bohaterem – bo albo się pogubi, albo stwierdzi, że tajemnica jest zbyt banalna. I właściwie tylko w jednym momencie widz wybucha śmiechem politowania: gdy Szacki zaczyna swój wywód od „Zabójca na pewno nie chce być złapany” – bo to przecież oczywista oczywistość. Poza tym fabuła poprowadzona jest zgrabnie i wszystkie rozkminki Szackiego wypadają bardzo wiarygodnie. Szacki jest świetny w tym co robi, zna się na swojej pracy i przede wszystkim na ludziach. Wie kiedy ktoś kłamie, kręci, coś ukrywa. Ma analityczny umysł i jest bardzo spostrzegawczy. Widzi i słyszy więcej niż my.

Szacki ma też coś takiego w spojrzeniu po czym można sądzić, że za fasadą skrywa coś więcej. Coś czego bardzo stara się nie pokazać. Widać to w paru scenach, gdzie dosłownie na moment spuszcza maskę, rozluźnia się, otwiera. Działa tak na niego obecność Basi – koleżanki z prokuratury, z która prowadzi śledztwo. Żarty przy niej są lżejsze, twarz mniej zacięta, spojrzenie bardziej łagodne. Niestety rola Basi została w filmie mocno umniejszona w stosunku do jej znaczenia w książce, co było dla mnie pewnym zawodem. Basi jest w tej historii za mało. Szkoda, bo to była bardzo ciepła postać.

Za największy minus filmu uznaję zbyt małe wykorzystanie Sandomierza – w końcu to miasto bahater. Zabrakło mi tych ironicznych, choć wynikających z niewątpliwie wyczuwalnej sympatii, uwag pod jego adresem. Tych opisów podłych kawiarni i całej krucjaty Szackiego w poszukiwaniu dobrej kawy, naśmiewania się z „Ojca Mateusza” i turystów. Ale i historii miasta, jego uroku, ciekawostek. Lucas Bielan – autor zdjęć prosto z Hollywood (właśnie pracuje nad nowym Bondem) dał wprawdzie Sandomierzowi dużo ładnych ujęć, ale ja jednak liczyłam na coś więcej, może po prostu na coś innego. Jego zdjęcia są bardzo estetyczne, zadbane, pięknie naświetlone, przejrzyste, ale trochę zabrakło w nich nastroju grozy czy chociażby tajemnicy.

Innym dużym nazwiskiem zaangażowanym do filmu jest odpowiedzialny za muzykę Abel Korzeniowski. Kto kojarzy jego muzykę z „W.E” Madonny albo „Singiel Man” Forda może się zdziwić ścieżką do „Ziarna”. Korzeniowski stworzył bowiem muzykę elektroniczną, czyli coś z czego my go nie znamy. I było to bardzo dobre posunięcie, bowiem do charakteru filmu pasuje lepiej niz typowa klasyczna muzyka filmowa. Daje o sobie znać, słychać ją, ale też nie przysłania fabuły.

„Ziarno prawdy” warte jest seansu głównie ze względu na rolę Roberta Więckiewicza. Idźcie więc spędzić 2 godziny z jego Szackim. Myślę, że go polubicie.  


PS. Uznanie należy się za czołówkę filmu. Ostatni raz byłam tak zachwycona na napisach otwarcia do „Skyfall”. Nie spóźniajcie się więc na seans bo ominie Was kawałek ciekawej graficznej animacji.

PS. W filmie jest taki fajny mały prztyczek do fatalnego „Uwikłania” – ekranizacji pierwszej części trylogii, w postaci epizodu Mai Ostaszewskiej J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...