20.02.2014

Wielkie piękno

"La grande Belezza" reż. Paolo Sorrentino, Włochy 2013 

Zakochałam się w Jepie Gambardelli od pierwszej sceny gdy go zobaczyłam. Zostałam wciągnięta w wir zupełnie bezwstydnej imprezy, gdzie wszyscy wili się w tańcu, lał się alkohol, dudniła muzyka i nagle pojawił się On – Król tego całego (za przeproszeniem) burdelu. Król życia. Uśmiechnięty, podrygujący. On naprawdę świetnie się bawił, w końcu to była jego impreza, jego 65 urodziny.

Jep jest typem faceta, którego kobiety zawsze uwielbiały i będą uwielbiać. Przystojny, elegancki, elokwentny. Mistrz ciętej riposty, trafnych bon motów i bystrych spostrzeżeń. A także cynik, który w głębi duszy czuje potworną pustkę. „Szczęście u inteligentnych ludzi to najrzadsza rzecz jaką znam” powiedział kiedyś Hemingway i Jep jest tego najlepszym przykładem. Przybył do Rzymu jako młody chłopak z założeniem, że zostanie królem miasta. I marzenie spełnił. Zna wszystkich, a raczej jak sam zauważa - to jego wszyscy znają. Rozgłos przyniosła mu jedyna książka jaką napisał będąc jeszcze młodym mężczyzną, która dla wielu pokoleń stała się kultowa. Minęło 40 lat i Jep już niczego innego nie spłodził (dosłownie i w przenośni). Z jednej strony bo nie musiał – jedna pozycja zapewniła mu sławę na całe życie, z drugiej: bo po prostu przebalował te wszystkie lata. Teraz pracuje jako dziennikarz w prestiżowym kulturalnym magazynie gdzie wydaje ostre opinie o młodych artystach. Głównie jednak prowadzi życie typowej włoskiej bohemy: wernisaże, spotkania i imprezy na dachach z nieskończonymi dysputami o sztuce. Jep bryluje w towarzystwie i pasuje doń idealnie. W jego świecie poranki nie istnieją bo on je przesypia. To jeden z tych ludzi, którzy mogą pozwolić sobie na przesiadywanie w ciągu dnia w kawiarni – nic nie musi. Z beztroskiego marazmu wybudza go wiadomość o śmierci pierwszej miłości.

dwie twarze Jepa


są jak dwie strony życia 


„Wielkie piękno” nie ma sztywnej fabuły, wątki będą pojawiać się i niespodziewanie znikać, ale dzięki temu czujemy podróż, w której towarzyszymy Jepowi. Poznajemy jego fantazje, lęki i obawy. Razem z nim poszukujemy piękna, poznajemy pięknych ludzi i piękne miejsca. Czujemy przepych, w którym żyje. I czujemy niedosyt. W świecie Jepa brakuje czegoś prawdziwego, szczerego. On i jego pretensjonalni przyjaciele z wyższych sfer za bardzo oderwali się od ziemi. Jedna z jego znajomych na pytanie czym się właściwie zajmuje, odpowiada po prostu: "jestem bogata". Pewne aspekty życia znają już tylko z opowieści. „O biedzie się nie rozmawia. W biedzie się żyje” - pada w pewnym momencie. I taki też jest ten film, napakowany kliszami i odniesieniami. Innym mogłoby się to nie udać, ale Sorrentino wyszedł z tego film wybitny. Nawet w tych momentach gdy reżyser przesadza, gdy sceny są rozdmuchane, a postacie nie rozmawiają tylko przerzucają się dobrze napisanymi sentencjami uprawiając intelektualny sparring, "Wielkie piękno" porywa widza. Nawet wtedy gdy na ekranie dzieją się rzeczy surrealistyczne, nawet gdy znika żyrafa, nawet gdy film się na moment rozpada – jest piękny.

Toni Servillo gra Jepa zachwycająco. Nie sposób nie ulec jego urokowi. Plastyczna twarz i jej ciepły, przyjazny wyraz kupują widza momentalnie. Jest pełen sprzeczności: bawidamek z obolałą duszą, upadły artysta, wrażliwy cynik. Mówi w pewnym momencie, że jest za stary by robić rzeczy, na które nie ma ochoty i ja tak świetnie go wtedy rozumiem. Bardzo łatwo jest utożsamić się z jego niespełnieniem, chęcią odkrycia czegoś więcej, nawet gdy w ogólnym rozrachunku okazuje się jak wiele stracił goniąc za czymś w gruncie rzeczy nieosiągalnym.  

Na plakatach widnieje hasło: "narodził się nowy Fellini" i okazuje się nie być to przesadą. Jego duch jest tu mocno odczuwalny. Paolo Sorrentino pokazał wszystko co najpiękniejsze i najgorsze w Rzymie. Balangi i sposób ich filmowania przypomina słynne imprezy z „Wielkiego Gatsby’ego” Buza Luhrmana. I choć Berlusconi nie zostaje tu wymieniony ani razu, czuć również jego ducha jako ucieleśnienia moralnej degrengolady. Z resztą Servillo – ulubiony aktor Sorrentino – grał przecież u niego premiera Włoch w „Boskim”. Rzym w „Wielkim pięknie” jest klasycznie piękny i żałośnie współczesny. Starożytne budowle i świątynie XXI wieku funkcjonują obok siebie. Jep spacerując po wiecznym mieście zagląda do jednego z wielu domów publicznych. Klasyka i kicz, piękno i brzydota. Tylko co tu jest naprawdę piękne i prawdziwie brzydkie? Co budzi odrazę, a co zachwyt?

Pod modnymi ciuchami, w czterech ścianach drogich mieszkań, pod przykrywką intelektualnych dysput siedzi boleśnie dużo słabości i smutku. I ta, wydzierająca się przez szczeliny idealnego na pozór życia, pustka uwiera najbardziej.


Wielkie kino podszyte ogromnym ładunkiem melancholii. Bardzo poruszające. Kino, którego praktyczne już nie ma: w klasycznym stylu. Wywołało u mnie tak silne emocje, że wciąż nie mogę sobie z nimi poradzić. Mam 30 lat, już wiem, że będę chciała obejrzeć ten film jak będę miała lat 40, 50 i 65… Właśnie taki jest to film.  

PS. A tu macie świetną analizę strojów Jepa: LINK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...