08.02.2013

Nieulotne


"Nieulotne" reż. Jacek Borcuch, Polska 2013 

Nie chcę pisać o kondycji polskiego kina bo nie jestem Tomaszem Raczkiem czy innym Tadeuszem Sobolewskim. Ale chcę żebyście wiedzieli, że chodzę na polskie filmy. Nie tylko jak dostaje na nie zaproszenie, ale normalnie jako widz, idę do kina i kupuję w kasie bilet. I jeszcze namawiam znajomych co jest w tym wszystkim najtrudniejszym elementem. Was też do tego namawiam. Nie skreślajcie filmów tylko dlatego, że są irańskie, francuskie czy polskie właśnie.

Inną sprawą jest jak często wychodzę z seansu polskiego filmu zadowolona. No rzadko. Widać to boleśnie na moim blogu, na którym mam jedną zasadę: wolę napisać o dobrym filmie niż pastwić się nad złym. Wolę Wam coś polecić, zwrócić Waszą uwagę na jakąś produkcję, niż pokazać jak umiem coś zjechać. Oglądam znacznie więcej filmów niż wynika to z bloga, opisuje tylko wybrane pozycje. Można więc z grubsza założyć, że jeśli o czymś nie piszę to znaczy, że mi się nie podobało. Ale jestem przede wszystkim zwykłym widzem, który ulega w kinie rozczarowaniom i rozdrażnieniom. Czasem więc na blogu pojawia się recenzja negatywna, traf chce, że jest to najczęściej recenzja filmu polskiego. Za każdym razem pojawia się potem w komentarzach zdanie: „to było do przewidzenia dlatego właśnie nie chodzę na polskie filmy”. I mnie jest wtedy głupio. Bo osiągam efekt, o który nigdy w życiu mi nie chodziło.

Dlaczego ja chodzę na polskie filmy? Głównym powodem jest to, że lubię być na bieżąco. Nie będę też ukrywać, że dużą rolę odgrywają tu też jakieś względy patriotyczno geograficzne.

Nie mam dobrego zdania o polskich hitach ostatnich lat opiewanych przez krytykę tj. „W ciemności”, „Sala samobójców”, „80 milionów”, „Wymyk”, „Pokłosie” i pewnie jeszcze parę innych. Według mnie były to filmy mocno przeciętne. Bardziej od ich słabości dziwi mnie niestety zupełnie niezasłużony szum wokół nich. Nie godzę się na zaniżanie poziomu. Na określenia w stylu „jak na polskie warunki to dobry film”. Nie, nie ma żadnych warunków. Są filmy dobre albo nie. A my chwalimy się często na siłę czymś co dobre nie jest. Dokładnie ten sam case mamy teraz w przypadku „Nieulotnych”. Czytam niektóre recenzje w prasie i czuje się jakbym widziała inny film…

I wtedy często ktoś mi zarzuca „bo Tobie się nic nie podoba”. A ja mam w ręku silny argument: mimo to chodzę na polskie filmy, częściej niż ktokolwiek z moich znajomych, nawet (a może zwłaszcza) kinomanów. Wiem więc co mówię, mam porównanie. Nigdy też nie idę na polski film - jak większość -  z założeniem, że będzie zły. Nauczyłam się wchodzić do sali bez oczekiwań i bez osądzania przed. Mówiąc wprost: nie chodzę na polskie filmy „dla beki” lub żeby móc je potem skrytykować. Chodzę na nie bo mnie autentycznie polskie kino obchodzi.

Jako przykład bardzo dobrego polskiego filmu z ostatnich lat podaje zawsze „Różę”. Film wybitny, który nie wygrał Gdyni i który miał dość słabą promocję. I gdzie tu sens?

Konkluzja moja ma być jednak pozytywna: wybierajcie czasem polskie filmy, dajcie się zaskoczyć. Pozytywnie. To też się u nas zdarza.

„Nieulotne”

Kiedyś uważałam, że jeśli zaczyna mówić się o zdjęciach to znaczy, że cały film musiał być słaby. Od wizyty na Camerimage zmieniłam zdanie o 180 stopni. Od tego czasu zawsze zwracam uwagę na zdjęcia i często o nich wspominam pisząc o filmach. Dobre zdjęcia potrafią podnieść moją ocenę, tak było np. z „Mistrzem” Andersona. Maciej Englert w Sundance zdobył nagrodę na najlepsze zdjęcia i za to wielkie gratulacje. Z tego powodu poświecę temu aspektowi więcej niż zazwyczaj miejsca.

Po pierwsze nie rozumiem tej mody na polskim podwórku na prześwietlone zdjęcia. Ostatnio wszystkie teledyski, reklamy i filmy robi się przepuszczone przez filtry. Na zachodzie dawno to już przeszło. U nas  twórcy poważnie się tym efektem zachłysnęli. Rozumiem, że taki zabieg ma dodać artyzmu, ale mnie się to nie tylko nie podoba, ale uważam to wręcz za tani i pretensjonalny chwyt.

W „Nieulotnych” cały film i również sposób filmowania można podzielić na 2 części: hiszpańską i krakowską. W Hiszpanii zdjęcia są pastelowo wyblakłe, prześwietlone południowym słońcem. Powiedzmy, że to akurat pasuje. W części polskiej jest oczywiście szaro i ponuro. Zdjęcia też są wyblakle, ale już pozbawione tego słonecznego akcentu. Lato się skończyło, nastroje bohaterów również są zgoła ciemniejsze więc i zdjęcia mają to oddawać. Rozumiem zabieg. Na szczęście jakość pracy operatorskiej nie ogranicza się w „Nieulotnych” do  prostych korelacji nastrojów oraz pór roku z kolorem filtru. Englert wymyślił tu parę naprawdę dobrych ujęć. Świetnie zrobiona jest scena, w której Michał wyznaje Karinie co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy w Hiszpanii. Nie słyszymy rozmowy, widzimy ich  przez szybę restauracji, w której siedzą przy stoliku. Zamknięci jakby w ramce. Ładnie. 

Widać też ewidentną grę ciałami młodych aktorów. Kamera filmuje ich często nagich, w intymnych sytuacjach, w dużych zbliżeniach. Młodość, która jest głównym tematem filmu ukazana jest w pierwszej części jako wolność, niewinność i proste wakacyjne życie.

W Hiszpanii lato spędza Michał, który odwiedza swoich dalekich krewnych oraz pracująca sezonowo studentka Karina. Sceneria idealna dla młodzieńczej pierwszej miłości. Trochę pracy, trochę wina, trochę seksu. Któregoś dnia Michał wybierze się na samotne nurkowanie i wtedy zdarzy się coś co zmieni jego życie. Coś złego. Michał pośpiesznie wyjedzie do Polski zostawiając Karinę bez wyjaśnień. Kiedy dziewczyna w końcu również wraca do kraju, on dzieli się z nią sekretem. A raczej ją nim obarcza w egoistycznej potrzebie wyrzucenia go z siebie. I tu następuję pęknięcie. Karina nie może znieść tego co usłyszała. Ma także własną tajemnicę, o której nie zdążyła powiedzieć Michałowi przed jego wyznaniem. Młodzi się rozstają.

Historia w filmie jest ciekawie poprowadzona: najpierw śledzimy parę, która jest zawsze razem, potem jesteśmy tylko z chłopakiem, później podążamy za dziewczyną by na koniec znów zobaczyć tych dwoje razem. Ten zabieg mi się spodobał, niestety wtedy też wychodzi z filmu to co najsłabsze. Kiedy przyglądamy się postaciom bliżej okazuje się, że bohaterowie nie dają się polubić, ani zrozumieć. Po części wynika to z słabości scenariusza, po części z gry aktorskiej. Magdalenę Bierus widzę w tym roku już po raz drugi na ekranie (wcześniej było „Bejbi Blues”) i muszę stwierdzić, że zaczynam ją szufladkować jako aktorkę jednego grymasu. W końcu to amatorka, być może potrzebuje się po prostu podszkolić? Jej braki w warsztacie i ograniczenia środków wyrazu widać wyraźnie przy charyzmatycznej Joannie Kulig. Między nimi jest przepaść. Kulig, choć ma rolę mocno drugoplanową, jedną sceną potrafi pokazać co to znaczy umieć grać. Bierus nie wystarczyły nawet dwa całe filmy, gdzie grała główne role, by mnie do siebie przekonać.

Jakub Gierszał gra na swoim poziomie i na tyle na ile daje mu scenariusz. Jego Michał jeździ na starym motorze, ma blond rozwiane jasne włosy, nosi skórę... Taki trochę wrażliwy buntownik. Mam nadzieję, że aktor trafi w końcu na jakiś naprawdę dobry scenariusz bo w „Nieulotnych” miło się na niego patrzy i to tyle.

Z chwilą kiedy między zakochanymi pojawia się kryzys, film również zaczyna go przeżywać. Od tego momentu Borcuch grzęźnie w swojej niemocy. Niby chce zrobić delikatne kino o ciężkich sprawach, ale bardzo się w tym wszystkim gubi. Zauważyłam, że u widzów ten film budzi irytacje. Bo zachowania bohaterów są irracjonalne, bo kolejne sceny cierpiącej pary nie ruszają fabuły z miejsca, bo cały film zaczyna zwyczajnie męczyć. Borcuch reżyser za bardzo zaufał Borcuchowi autorowi scenariusza i zbyt łatwo mu odpuścił. Dialogi, których zgodnie z manierą indie movies jest tu bardzo niewiele, brzmią momentami koszmarnie papierowo. Cała historia im dłużej trwa tym bardziej miałka się staje. Przeczytałam gdzieś, że to najbardziej dojrzały film reżysera… W sferze realizacji pewnie tak, ale w sferze fabuły to poziom godny studenta filmówki, a nie doświadczonego twórcy.

Nie dziwi mnie, że „Lasting” (pod takim tytułem film funkcjonuje w obiegu międzynarodowym) nie zawojowało Sundance. Na tle tamtejszych filmów propozycja Borcucha to naprawdę nic specjalnego. Jest to klasyk przypadku gdy forma boleśnie rozmija się z treścią. Produkt w ładnym papierku, pod którym nie ma nic. Nie dajcie się nabrać na tę błyskotkę.

ten teledysk do muzyki z filmu jest lepszy niż cały film 

PS. Tak się czułam pisząć ten post


27 komentarzy:

  1. Nie widziałam jeszcze filmu, ale mimo już kilku złych opinii się na niego wybiorę do kina, mimo wszystko. Nie wiem czemu, ale chcę. Chcę go zobaczyć, bo często zdarza się tak, że mam całkiem odmienne zdanie od reszty.

    Cieszę się, że ktoś podobnie, jak ja wspiera polską kinematografię, chodząc do kina na polskie filmy. Ja za każdym razem, kiedy pojawia się jakiś potencjalnie dobry film - idę. Nigdy nie kierowałam się opinią, że film polski - to gorszy. Wcale tak nie jest, tylko jeśli ludzie wybierają się na Big love, Kac wawę, czy Oh Karol 2 zamiast na Różę, Lęk Wysokości, czy Pokłosie, (które moim zdaniem było bardzo dobrym filmem, choć wiem, że tej opinii nie podzielasz) to, co tu się dziwić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o "Lęku" też pisałam, byłam zachwycona tym filmem. Z jedej strony niedzielni kinomani chodzą na polskie filmy najgorszego sortu, z drugiej wśród "inteligencji" panuje moda nie niechdozenie na polskie kino, bo zasady jest ono złe. Cieszę, że ktoś ma podobne poczucie obowiązku wobec polskiego kina :)

      Usuń
  2. Witam, nie widziałam jeszcze filmu "Nieulotne" ale zdecydowanie się na niego wybiorę. Jednym z powodów jest chociażby to, że poprzedni film Jacka Borcucha "Wszystko, co kocham" przypadł mi do gustu. Ciekawe jak będzie tym razem?
    Cieszę się że w polskim kinie coś się dzieje, choć czasem film jest niestety przereklamowany, nie tracę wiary w to, że polskie kino może być naprawdę bardzo dobre i wartościowe. Drugim polskim filmem który zobaczę w tym miesiącu, jest "Drogówka" Wojtka Smarzowskiego. Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa twojej opinii na temat właśnie tego filmu.
    Od niedawna zaglądam na twojego bloga i niestety, jeszcze nie zdążyłam przeczytać wielu recenzji. Mam nadzieję że niebawem mi się to uda. Tymczasem, pozdrawiam Cię serdecznie i polecam polski (a jakże by inaczej:) film "Nie opuszczaj mnie" z Agnieszką Grochowską i Łukaszem Żarowskim w rolach głównych. Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Drogówki" niestety jeszcze nie widziałam, ale mam ją w najbliższych planach. Bardzo chętnie zobaczyłabym "Nie opuszczaj mnie" bo Agnieszka Grochowska zawsze warta jest obejrzenia. Wielka szkoda, że ten film z jakiś dziwnych przyczyn politycznych (?) nie został wprowadzony do kin.

      Usuń
    2. "Nie opuszczaj mnie" miał premierę ogólnopolską dwa lata temu, przeszedł bez echa, a raczej głośno krzyczała reżyserka, że jest blokowana, a gdy nareszcie film pojawił się w kinach, nikt go nie chciał oglądać. W recenzjach pojawiały się określenia: histeryczny, nieskładny, epatujący cierpieniem.

      Teraz pewnie przemknie w nocy w telewizji, trzeba być czujnym.

      Usuń
  3. Mały błąd Agnieszce Grochowskiej towarzyszy w filmie Wojciech Zieliński, a Łukasz Żarnowski to postać jaką gra Zieliński. Przepraszam za błąd. Anna

    OdpowiedzUsuń
  4. Będą dwa wpisy. Pierwszy dotyczyć będzie tekstu przed recenzją filmu. Otóż zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości! O rany jak mnie drażnią te teksty o niechodzeniu na polskie filmy! Mam koleżankę w pracy bardzo bystra babka, kinomanka, ale nie ogląda kina polskiego. Ma go w głębokiej pogardzie, tak dalece,że nie kojarzy żadnych polskich aktorów. I nawet jej przez myśl nie przejdzie, że być może wiele traci, bo przecież mamy tylu fantastycznych aktorów! Chodzę na filmy polskie, rozmyślnie i z premedytacją (unikając jak ognia pewnych produkcji), chodzę i kupuje bilet (czasem zdarza mi się oglądać w domu na kompie jeśli nie doczekam się seansu w moich dwóch kinach studyjnych, albo przegapię), ale zasadniczo biegnę do kina. Także dla moich ulubionych twarzy. Bywa, że pozostają tylko te twarze:( Niestety ostatnio biegam do multipleksu jeśli chcę być na bieżąco. I nie przeczę czasem te DWADZIEŚCIA CZTERY ZŁOTE!!! (To jest jakaś masakryczna kwota) bolą, a czasem nie (Smarzowski mnie nigdy nie boli). Podobnie nie ma we mnie zachwytu nad filmami przez krytykę nazywanymi wybitnymi (Z "Wymykiem" się nie zgodzę-widziałam go ostatnio w tv po raz drugi i utwierdził mnie ten drugi seans w przekonaniu, że jest to film bardzo dobry). "Róża" to dla mnie jeden z ważniejszych filmów ostatnich lat (o ile nie życia-tak posunę się do tej górnolotnej frazy) i niestety poprzeczka jest teraz tak wysoka, że nie wiem czy jakiś polski film będzie w stanie ją przeskoczyć. Najnowszy Borcuch zrobił zaledwie jakiś koślawy podryg...teraz zamieszczam ten komentarz i wracam do Twojego posta dowiedzieć się co Ty myślisz o Nieulotnych:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie, przy "Róży" to już każdy film wypada blado. 24 złote za seans to rzeczywiście jakaś kwota z kosmosu!

      Usuń
  5. To jest niesamowite. Bo ja się zgadzam z Tobą w całej rozciągłości! Podczas seansu przyszły mi do głowy słowa: a) papierowy, b) dialogi na cztery nogi i ostatnie c) film studencki, acha i jeszcze pytanie co ta pani (Bielus) tu robi i dlaczego? A i jeszcze zauważyłam, że śliczny Gierszał się wiecznie rozbiera i ubiera (to ta młodość hihi). Tak i Kulig pojawia się kilka razy zaledwie, ale jaaak! Tak, scena wyjawiania tajemnicy świetna, najlepsza w całym filmie. Scena imprezy też niezła, ale też dzięki Coctou Twins.
    Zdjęcia smakowite, chociaż wątek hiszpański gdyby nie "tragedia" nie miałby żadnego uzasadnienia i właściwie mógłby być umieszczony w każdym innymi miejscu, wszak pola uprawne i winorośla w zasadzie wszędzie są takie same (mniej więcej).
    Tak, scenariusz dziurawy jak ser szwajcarski. Identyfikacja z bohaterem (bohaterami) i samą historią zerowa (no jakaś by się przydała) nie obeszło mnie nic a nic z tego co widziałam na ekranie.
    Oj szkoda!!!.
    Ciekawam bardzo najnowszej Szumowskiej:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja się filmu Szumowskiej boje. To nie jest moja reżyserka.

      Usuń
    2. Ja też się trochę boję, i też Szumowska nie jest moją reżyserką, ale z kilku wywiadów z nią wiem, że ten film nie ma być żadną miarą prowokacyjny czy kontrowersyjny. W założeniu. Bo w naszym kraju na pewno tak zostanie odebrany. Nie ważne jakie środki, jaki przekaz.Ważne, że temat jest! Tym bardziej się boję. No i Chyra. Bardzo jestem ciekawa!

      Usuń
  6. To jeszcze raz ja:) Dopiero teraz zauważyłam jak się czułaś pisząc ten post i padłam ze śmiechu! Na szczęście nie zrobiłam sobie krzywdy padając. Wcześniej wciągnęłam recenzje filmu u Ekran pod okiem i uśmiałam się również zdrowo:)
    Pozdrawiam tym razem już ostatecznie:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uwielbiam czytać recenzje gościa, który prowadzi "Ekran..." :)

      Usuń
    2. Ma facet talent. A talent w połączeniu z poczuciem humoru to już cud, miód i orzeszki:)

      Usuń
  7. No cóż nie da się ukryć to film który miejscami mniej lub bardziej irytuje. I nie raz bardzo boli. Bo początek ma duży potencjał, ale "wielka tajemnica" wcale mi się nie podobała. Zresztą tak jego, jak i jej. Ciekawiej by było gdy bardziej przyjrzał się jak budowane są relacje między parą bohaterów, bo tak pozostają tylko kiszę i ładne obrazki. Choć na korzyć tego filmu pracuje to, ale to tylko w moim przypadku, że wcześniej widziałem "Miłość" Fabickiego. Film, który jest wkurwiający, że głowa mała. Powiem tylko, że tytuł powinien brzmieć "Jestem palantem, któremu dałbyś w mordę, a reżyser jeszcze karze mi kibicować". I do tego palanta gra Dorociński, które zresztą bardzo lubię, toż to draństwo.

    Tak sobie myślę, że nie doczyścisz klawiatury po tym wpisie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie czekan na tę "Miłośc" a tu już którać taka opinia jaką czytam... Szkoda.

      Usuń
    2. Najgorsze w "Miłości" jest to, że to film które ma składny scenariusz, aktorzy grają dobrze, ale myśl przewodnia filmu jest skrajnie szowinistyczna. Zastanawiam się do tej pory, czy reżyser nie był tego świadomy? Aż mam chęć napisać o co konkretnie chodzi, ale ostatecznie nie chcę psuć seansu.

      Usuń
  8. To po co się męczyłaś i pisałaś - skoro taka masakra, niech każdy pójdzie sam i zobaczy... mnie się podobało i polecam szczerze ten film, uważam, ze to kawałek ważnego współczesnego kina.WARTO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. prowadzenie bloga polega na pisaniu, dlatego. Pozdrawiam

      Usuń
    2. Każdy ma prawo do pisania tego co myśli o danym filmie, zwłaszcza na własnym blogu.

      Usuń
  9. Na pewno zasłużona nagroda na festiwal w Sundace za zdjęcia. Film nie był łatwy, ale też ciężko uznać go, za film dla wybrańców którzy będą w stanie go zrozumieć. Bo był w gruncie rzeczy prosty i piękny. Mieliśmy historię dwojga ludzie, trochę po przejściach i przykład tego, że miłość nijak się ma do obrazów z kina romantycznego. Prawdziwa jest piękna i trwała ale nie zawsze oznacza, że jest miło i zabawnie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Prawdę mówiąc, spodziewałam się, że ten film jest taki, jak piszesz. To znaczy nienajlepszy. Ale i tak mam ochotę go zobaczyć, choć Magdalena Berus w kolejnym filmie to może być wyzwanie. ;) Niemniej "Nieulotne" jest dopiero na końcu mojej kolejki filmów do zobaczenia w kinie. Na razie wybrałam się tylko na numer jeden, czyli na "Drogówkę". Nie byłam zaskoczona, Smarzowski po prostu jest genialny i basta. (Peany na temat "Drogówki" wygłosiłam już u siebie na blogu, więc nie będę się powtarzać.)

    Swoją drogą kiepski czas na wprowadzanie polskiego filmu do kin, które szturmują teraz tytuły oscarowe. Może nie przetrwać takiej konkurencji (no chyba, że to Smarzowski).

    OdpowiedzUsuń
  11. o kurcze, aż taaaaaka masakra. Na początku się uśmiałam, ale później już do śmiechu mi nie było. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja chętnie chodzę na polskie filmy. Ot, może jestem masochistką ;-) Byłam też na "Nieulotnych" i mnie ten film akurat się podobał. Nie tylko z uwagi na uroczego Gierszała i równie uroczą MZtkę którą jeździ. Sporo jest tu dobrych scen - tak jak napisałaś chociażby scena w kawiarni. Uroczy jest też kadr, jak Michał zatrzymuje się na schodach po tym jak wyrzucił na śmietnik butle. Obskórna, brudna klatka schodowa w zestawieniu z pieknym słońcem w jego włosach - mistrzostwo świata. Moim zdaniem warto zobaczyć ten film. To na pewno jeden z ciekawszych polskich obrazów. A najbardziej podoba mi się ta gra niedopowiedzeń i prowadzenie dialogu z widzem. Mogę sama zadecydować jak skończy się dla mnie ta historia

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie wiem czemu, ale po obejrzeniu tego filmu przepełniała mnie taka pozytywna energia ;) Może dlatego, że ta historia miłosna bardzo przypomniała mi moją własną i powspominałam sobie stare dobre czasy! POLECAM!

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak każdy dramat jest to specyficzny film. Mi się podobała w szczególności pierwsza "część" filmu.

    OdpowiedzUsuń
  15. Coś bez wątpienia jest w tym filmie (Nieulotne)i warto to "coś" dostrzec, dla siebie samego, moim zdaniem, świetny klimatyczny i mądry film, polecam, daje sporo do myślenia...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...