30.01.2013

Na własne ryzyko

"Safety not guaranteed" reż. Colin Trevorrov, USA 2012

Amerykańskie kino niezależne choć stara się uciec od sztampy kina komercyjnego, wpada we własne utarte schematy. Kto ogląda dużo filmów z tego nurtu już po trailerze wie czego może się spodziewać. Sundance-owe klimaty są łato wyczuwalne i niestety coraz częściej dość przewidywalne.

I mimo to, urok tych produkcji mnie wystarcza by przymknąć oko na ich niedoskonałości. Bo tam kryją się postaci, które do mnie przemawiają, problemy, które są mi bliskie, zachowania, które znam ze swojego życia.

„Na własne ryzyko” zaczyna w sposób zdecydowanie niesztampowy. Redakcja gazety w Seatlle (to miasto jest chyba stolicą Indie movies!) szukając ciekawych tematów na artykuł, znajduje ogłoszenie organizatora podróży w czasie, który szuka do niej towarzyszy. Obiecuje zapłatę po wykonanej misji, radzi zabrać własną broń, pisze, że do tej pory robił to tylko raz i że wyprawa jest na własne ryzyko.

Drążyć temat postanawia zblazowany dziennikarz Jeff (w tej roli Nick z serialu „New girl”) wraz z dwójką stażystów: zamkniętą w sobie i z pozoru mroczną Darius (Aubrey Plaza - April z serialu "Parks and Recreation") oraz hinduskim nerdem. Już podczas podróży do miasteczka gdzie mieszka  autor osobliwego ogłoszenia, okazuje się, że Jeff nie przypadkowo wybrał ten temat. W tym samym miasteczku mieszka bowiem jego dawna dziewczyna. Szybko okazuje się, że wyprawa tej trójki będzie dla każdego z nich czymś więcej niż zwykłą podróżą służbową…

Najbardziej w sprawę ogłoszenia angażuje się Darius, której udaje się zbliżyć do Kennetha – dziwaka święcie wierzącego w podróżowanie w czasie. Okazuje się on być poważną zagadką: szaleniec czy geniusz? Wariat czy wyjątkowy wrażliwiec? Bo choć intrygujące jest w jaki sposób Kenneth chce przemieścić się w czasie, to tak naprawdę ważne jest dlaczego w ogóle chce to zrobić. Grający go Mark Duplass znany z „Siostry twojej siostry”, również producent filmu, do końca zwodził mnie za nos. Nie mogłam podjąć decyzji czy jego bohater to tylko niepoprawny romantyk, czy naprawdę ma nie po kolei w głowie. Duplass wiarygodnie go zagrał wykorzystując komediowy potencjał postaci. Mimo, że Kenneth śmiertelnie poważnie podchodzi do swojej misji, absurd całej sytuacji musi wywoływać uśmiech.  

„Na własne ryzyko” jest trochę niskobudżetowym sci-fi, kryminałem, historią romantyczną, a trochę filmem obyczajowym. Wpisuje się w popularny nurt kina niezależnego – ciepłej opowieści o uroczych dziwakach. Lena Duhnam - autorka, producentka i aktorka w serialu „Dziewczyny”, odbierając ostatnio Złotego Globa dedykowała go wszystkim tym, którzy tak jak ona całe życie czuli, że nie pasują. Do rówieśników, obowiązujących kanonów, społeczeństwa. Lena jak widać umiała przekuć to niedopasowanie w coś kreatywnego i znalazła sobie miejsce, ale w swojej twórczości mówi również o takich ludziach.

Reżyser „Ryzyka” przedstawia całą gamę odmieńców, bo w zasadzie każdy jego bohater jest na swój sposób poza społeczeństwem. Jeff – samozwańczy playboy grubo po trzydziestce, który właśnie zdaje sobie sprawę, że całe życie podejmował złe decyzje, chorobliwie nieśmiały Hindus, oczekująca tylko tego co najgorsze Darius i ukrywający się pod maską wariata Kenneth. Wszystkich ich łączy jedno – są przeraźliwie samotni. Cała zakręcona fabuła sprowadza się właściwie do prostego stwierdzenia: warto czasem zaryzykować i zaakceptować nawet to co z pozoru wydaje się niemożliwe. By wyrwać się ze szponów przeszłości nie potrzeba maszyny czasu, wystarczy zaufać drugiej osobie.

I tylko zakończenie było jak dla mnie zbytnim pójściem na całość. Niepotrzebnie. 

urocza scena, urocza piosenka

6 komentarzy:

  1. Mnie ten film nie przypadł do gustu, moja recenzja tutaj http://film2me2you.blogspot.com/2012/12/na-wasne-ryzyko.html
    ale mimo to dobrze przeczytać rzetelnie napisaną recenzję kogoś komu Na własne ryzyko sie podobało. W końcu odmienny punkt widzenia to nie powód do kłótni,ale do polemiki ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie się zakończenie podobało, jakoś pasowało mi do tej pokręconej stylistyki i tematu jaki sng porusza. Taka abstrakcja bardzo w stylu sundance :) Sam film świetny, przed seansem czytałam kilka zachodnich zestawień typu best movie [2012] i prawie wszędzie się ten tytuł pojawiał, podeszłam bez oczekiwań a dostałam coś strasznie miłego, przyjemnego, pozostawiające widza z wielkim bananem na twarzy. Lubię takie niespodzianki.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja też się miło zaskoczyłam, oczekiwałam sundancowych smutów, a tu jednak coś świeżego

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciepłe, przyjemne kino. Bez szału, faktycznie muszę się zgodzić, że zakończenie nieco przekombinowane, zrywa nagle tę klimatyczną otoczkę, która fascynowała mnie przez cały film. Ale choć nie ma szału, choć jest schematycznie, to jednak bardzo dobrze się to ogląda.

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie zakończenie było akuratne. W przeciwnym razie wyszedłby taki ,, Łowca Trolli'' bez trolli :)
    Ciekawe, czy sikłel będzie? :D
    Filmik sympatyczny, ale jak dla mnie trochę za dużo tego ,,ciepełka'' tu naładowali, trochę zdrowego sarkazmu wyszłoby temu na dobre.
    +3/6

    OdpowiedzUsuń
  6. Mi też zakończenie filmu przypadło do gustu. Choć nie lubię oczywistych happy endów, wolę już, gdy końcówka jest niedopowiedziana, tutaj taki a nie inny obrót spraw jakoś wyjątkowo mi podpasował. Jak cala produkcja zresztą;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...