15.11.2012

Mistrz

"The Master" reż. Paul Thomas Anderson, USA 2012

„Mistrz” uciekł mi w Wenecji, a to jeden z tych filmów, których nie mogłam się doczekać (TU). Paul Thomas Anderson aspiruje do bycia jednym z nowych amerykańskich klasyków: tworzy filmy niczym epickie dzieła. Długie, wnikliwie opisujące poruszane zjawiska, przy tym bardzo dobrze zrealizowane i zagrane na najwyższym poziomie. Po filmach o współczesnej Ameryce („Lewy sercowy”, „Magnolia”) reżyser zaczął cofać się w przeszłość. W „Aż poleje się krew” oglądaliśmy kraj z czasów gorączki naftowej, w „Mistrzu” zostaliśmy przeniesieni do USA lat 50.

Młodego marynarza poznajemy gdy w radio właśnie ogłaszają koniec II wojny światowej. Freddie Quell ma moim zdaniem ADHD. Nie potrafi panować nad swoimi emocjami, jest wybuchowy i agresywny. Nie umie nawiązywać głębszych relacji z otoczeniem. Trauma wojenna zdecydowanie mu nie pomaga w ułożeniu sobie życia. Pije, szlaja się po mieście, wylatuje z pracy. Pewnego alkoholowego wieczoru przypadkiem trafia na statek. Rano po przebudzeniu poznaje dziwne towarzystwo, na którego imprezę się wkręcił. Są to członkowie grupy nazywanej „Sprawą” z jej założycielem i nazywanym przez nich „Mistrzem” na czele - Lancasterem Doddem. Dodd ulega fascynacji nieokrzesanym przybłędą, a Freddie znajduje u niego akceptację, której tak bardzo potrzebuje.

Joaquin Phoenix jako Freddie jest fenomenalny. On się do tej roli kompletnie zmienił fizycznie. Bardzo schudł, inaczej się porusza przedziwnie się przy tym wyginając, na jego twarzy ciągle obecny jest grymas. To jest jakiś inny człowiek. Tak mocne wejście w role zaskakuje. Ile aktor może się dla roli poświęcić i jaki jest tego koszt wie już pewnie tylko Joaquin. Chylę przed nim głowę i po raz kolejny uznaje za jednego z absolutnie najlepszych aktorów swojego pokolenia. W Wenecji dziennikarze byli jego rolą zachwyceni, ale i zdegustowani postawą na spotkaniach z nimi. Phoenix zachowywał się jak swój bohater: był arogancki i nieobecny.


Cieszę się, że w Wenecji i on i Philip Seymour Hoffman otrzymali nagrodę za najlepszą rolę męską. Między tymi Panami jest taka sama różnica jak między ich bohaterami. Podczas gdy Phoenix szarżuje, przez Hoffmana przemawia dojrzałość. On nie musi się do roli zmieniać fizycznie, on gra tym co już ma. Gratuluje mu powściągliwości - przy takim partnerze na planie to za pewne nie było łatwe. A efekt jest piorunujący. Phoenix gra na jednym akordzie – szaleństwie. Hoffman jest pełen sprzeczności: kochany mąż, filozof, rubasznik, mądry prymityw, wizjoner, cynik. Hoffman to Mistrz.

Dla tych wielkich dwóch ról trzeba „Mistrza” zobaczyć. I dla kilku zapierających dech w piersiach kadrów. Anderson ma rękę do autorów zdjęć w swoich filmach. Tak artystycznych, dojrzałych i magnetyzujących ujęć nie widziałam w kinie dawno. Niektóre są jak piękne obrazy. 


Czego właściwie się dowiadujemy od Andersona? Porusza on temat, za który już raz się zabierał. W „Aż poleje się krew” sportretował samozwańczego kaznodzieję, założyciela własnego kościoła. W „Mistrzu” zmieniły się czasy więc i formuła. Już nie kościół jako taki, a wspólnota zgromadzona wokół swojego guru. Sekta, kult, komuna. Kto się jednak spodziewa pikantnych szczegółów z życia założyciela scjentologii ten się zawiedzie (podobno pierwowzorem głównego bohatera był założyciel tej sekty Ron Hubbard). Anderson buduje swój film na czymś o wiele subtelniejszym niż tanie kontrowersje.

Ciężko streścić fabułę „Mistrza” bowiem nie jest to typowa historia, która idzie z punktu A do punktu B. Jest to raczej opis relacji między dwojgiem ludzi: mistrza i ucznia. Jak oni na siebie oddziałują? Kto kim manipuluje i kiedy te role się zmieniają. Odbijamy się w oczach innych ludzi. Guru potrzebuje wyznawców, zagubiony szaleniec kogoś kto się go nie przerazi i zechce zrozumieć. I dokładnie to sobie dają.

Pytanie, które najbardziej mnie nurtowało to ile wśród członków Sprawy było rzeczywistej wiary w nauki Mistrza, a ile czystej kalkulacji. Już na pierwszy rzut oka widać, że wyznawcom wiedzie się dobrze. Duże domy, ładne stroje, wystawne imprezy. Pieniędzy im nie brakuje. Zwłaszcza żona Mistrza zdaje się potwierdzać ten trop. Początkowo wydaje się być jedynie żoną swojego męża. Później zaczynamy się zastanawiać co się za tym naprawdę kryje: miłość, wiara czy wyrachowanie? Sprawa przyciąga ładnych i bogatych, którzy poszukują duchowego spełnienia. Jednak te duchowe poszukiwania wynikają bardziej z nudy i mody niż autentycznej wewnętrznej potrzeby.


Muszę Was uprzedzić, że „Mistrz” momentami nuży. Anderson nie potrafi chyba robić filmów krótszych niż 2,5 h. Te chwile znudzenia wynagradza kilka bardzo mocnych scen, które wybrzmiewają z taką siłą być właśnie dlatego, że są poprzedzone chwilowym uśpieniem. Scena w więzieniu, gdy po raz pierwszy dochodzi do otwartego konfliktu między Mistrzem a Freddiem, bardzo zapada w pamięć. Freddie jest jak ptak zamknięty w klatce. Szamoce się i szarpie tak bardzo, że zadaje sobie ból. Wtedy to też zarzuca Mistrzowi mistyfikację.  

Więź między bohaterami wynika z ich podobieństwa. Na pierwszy rzut oka są zupełnie różni, ale im dłużej się im przyglądamy tym więcej widzimy. Oboje są cynikami i oboje mają w sobie coś demonicznego. Mistrz stara się tego demona we Freddiem ujarzmić. Dlaczego to robi? Dlaczego zależy mu na utrzymaniu przy sobie takiego wyrzutka? Ja miałam wrażenie, że Mistrz udaje…Więcej, on wie, że część jego wyznawców go zdemaskowała. Freddie stał się dla niego królikiem doświadczalnym, którego mógł testować na oczach niedowiarków.

To nie jest prosty film. Nic się tu łatwo nie składa w konkretną całość. To raczej sceny luźno połączone, wśród których jedne mają duży sens, inne są tylko lub aż ładnymi obrazkami. „Mistrz” został bardzo dobrze przyjęty w Wenecji. I właśnie to mnie zastanawia. Europejczycy widzą w tym filmie coś, czego mam wrażenie nie dostrzegą Amerykanie. Ciekawa jestem jak oni odbierają „Mistrza”. Ja już wiem, że jest to jeden z tych filmów, które ogląda się wiele razy by za każdym seansem zrozumieć coś innego. Ten film na to zasługuje.  

moje absolutnie ulubione ujęcie

PS. Moim ulubionym filmem Andersona wciąż pozostaje „Magnolia”. 

20 komentarzy:

  1. Oj tak scena w więzieniu jest genialna! No i zarazem przerażająca, skojarzyła mi się scena z "Spacer po linie" gdzie Phoenix również wpada w szał i wyrywa ze ściany umywalkę (czego w scenariuszu nie było). Trafne spostrzeżenie, sama nie uwzględniłam tego w swojej recenzji - mimo, że na początku panowie wydają się różni z czasem widzimy coraz więcej i zmieniamy trochę zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Phoenix generalnie umie grać szaleńców ;)

      Usuń
  2. A i jeszcze miałam dodać "W Wenecji dziennikarze byli jego rolą zachwyceni, ale i zdegustowani postawą na spotkaniach z nimi" - cóż on taki jest od zawsze, po prostu ma wszystko w dupie i chce tylko robić to co kocha, czyli grać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widziałam z nim parę normalnych wywiadów. Ale prawda - jest jaki jest

      Usuń
  3. Jestem ciekawa czy Phoenix zgarnie tegorocznego Oscara. Ale stawiam, że będzie jak w przypadku Di Caprio- podobny syndrom 'olewania' dobrego aktora w Hollywood.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tej wypowiedzi to chyba nie ma na co liczyc:
      http://insidemovies.ew.com/2012/10/18/joaquin-phoenix-oscar-season-total-utter-bullshit/

      Usuń
  4. A ja tylko odnotowuję, że napisałaś recenzję, ale żeby się nie nastawiać, nie czytam przed seansem:) Wrócę!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też nie czytam przed :) Nie jest łatwo pisać o tym filmie, ja się zbierałam cały tydzień

      Usuń
  5. Rano słyszałam o tym filmie w radio, teraz wieczorem czytam Twoją recenzje i już wiem, że [prędzej czy później] muszę zobaczyć ten film. Trochę martwi mnie te 2,5h, bo nie lubię długich seansów; ale myślę, że warto spróbować w tym konkretnym przypadku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój seans skończył się o 23.00! Na "Magnoliach" też zawsze zasypiam (3h!) co nie zmienia faktu, że jak tylko na nie trafię w TV to zawsze oglądam. A "Mistrza" warto obejrzeć w kinie dla tych niesamowitych zdjęć.

      Usuń
  6. Z filmami Andersona mam ten problem, że je doceniam, ale ich nie czuję. Prócz "Magnolii", która mnie zachwyciła, ale też nie od samego początku. Dlatego na "Mistrza" zbierać się chyba będę długo, ale patrząc na zdjęcia z tego filmu, z pewnością obejrzę go na wielkim ekranie. Choćby właśnie dla nich samych.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przeważnie daje w poście tylko jedno zdjęcie, ale w przypadku tego filmu musiałam Wam pokazać te piękne kadry. A wybieranie ich to była czysta przyjemność.

      Usuń
  7. Po seansie i po każdej kolejne przeczytanej recenzji, czy zasłyszanej opinii coraz bardziej doceniam ten film. Dlaczego? To niezwykłe, i widać to w tym co napisałaś, że każda osoba widzi w tym filmie co innego. Inaczej było z "Aż poleje się krew", wszyscy pisali w podobnym tonie i to samo.

    A to przedziwny film, trochę historyczny, trochę obyczajowy, ale najbardziej mistyczny. I jest to tak mistyka oszukańcza, która sam mówi że oszukuje, a ty i tak dajesz się oszukiwać. Film kojarzył mi się trochę z "Alicją w Krainie Czarów", jakby Freddie biegnąc za jakimś białym królikiem wpadł do nory (a raczej na statek) i doświadczał dziwnych i niezrozumiałych dla siebie zdarzeń.

    A to kilka uwag do twojego tekstu: "Dlaczego to robi? Dlaczego zależy mu na utrzymaniu przy sobie takiego wyrzutka? Ja miałam wrażenie, że Mistrz udaje…Więcej, on wie, że część jego wyznawców go zdemaskowała. Freddie stał się dla niego królikiem doświadczalnym, którego mógł testować na oczach niedowiarków." - ale czy jego wyznawcy są jakoś pokazani osobowo, może postać Laury Dern, ale reszta to taka bez osobowa masa.

    "Pytanie, które najbardziej mnie nurtowało to ile wśród członków Sprawy było rzeczywistej wiary w nauki Mistrza, a ile czystej kalkulacji. Już na pierwszy rzut oka widać, że wyznawcom wiedzie się dobrze. Duże domy, ładne stroje, wystawne imprezy. Pieniędzy im nie brakuje." - pamiętaj że są to lata 50, w USA uznawane za okres powszechnego dobrobytu i stabilizacji. Zwróć uwagę, że jedynymi naprawdę biednymi ludźmi w filmie są hiszpańskojęzyczni robotnicy sezonowi (jak by nie było obywatele drugiej kategorii, jeszcze gorzej mogli mieć tylko czarni). Freddie jest biedny, ale trochę z własnego wyboru, w pewnej chwili zadaje się mu pytanie "dlaczego nie znajdziesz sobie pracy?", w latach 50 niemal każdy mógł znaleźć coś dla siebie, mieć własny dom i samochód. Mu przeszkadza jedynie jego niestabilny charakter. Może to jego własny wybór, ciekawe, że jego życie przypomina to co widzimy w książkach Jacka Kerouaca. Freddie należy do przegranego pokolenia.

    Mógłby o tym filmie pisać, co z czym mi się kojarzy, co podejrzewam. To siła tego filmu, ale nie będę cie zamęczał. Film można polecić każdemu z jednym zastrzeżeniem, to nie jest kino prowadzi za rączkę i mówi jestem o tym, czy tamtym. Raczej zwodzi widza, często też uwodzi więc można mieć z niego dużo przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
  8. świetnie porównanie do Alicji w Krainie Czarów. Nie tylko Freddie wpada w tę dziurę - widz też.

    Napisz z czy Tobie się ten fil kojarzy - jestem bardzo ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  9. Twoja opinia o Phoenixie mnie intryguje. Dotąd miałam do niego stosunek dość obojętny, więc choćby z ciekawości jego roli chętnie bym obejrzała. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zazdroszczę ci, że jesteś tak na bieżąco z nowościami :) Wybieram się na "Mistrza" w najbliższym czasie. Ostatnio bracia Anderson podbijają moje serce - "Kochankowie z Księżyca", teraz jestem świeżo po "Magnolii". Wyznaczają bardzo dobry kierunek dla kina i na pewno trwale zapiszą się w jego historii. Poza tym stęskniłąm się za Phoenixem - ciekawość mnie zżera :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie bracia, Izabelo. Ot, zbieżność nazwisk:)

      Usuń
  11. Zaraz po seansie nie do końca byłem przekonany. Z każdą godziną zyskuje coraz bardziej w moich oczach. Bez względu jednak na obiekcje to jak do tej pory zdecydowanie film roku. Bo chociaż czegoś mi w nim zabrakło, to nawet wybrakowany Anderson jest lepszy od tego całego badziewia, jakim faszerują nas kina.
    Kino niejednoznaczne, przesiąknięte uczuciami, rozgrywające z widzem niecodzienna grę. Do końca nie jesteśmy w stanie odgadnąć postaci Dodda, który być może faktycznie był doszczętnie zafascynowany Freddiem, a być może w głównej mierze skupiał się na samym eksperymencie usidlenia. Ich fascynacja udziela się widzowi, nawet pozornie najprostsze sceny, emanują emocjami.
    Że wspaniale zagrany to już nawet nie ma co mówić. Mistrzostwo.
    Ale mimo wszystko czegoś mi jednak zabrakło. Pewne jest, że muszę ten film obejrzeć jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie się wydaje, że to poczucie widza "nie do końca wiem co właśnie obejrzałem" było przez reżysera wkalkulowane. Jest to dość ryzykowne - jednych może zafascynować, innych odrzucić, Ja jestem gdzieś pomiędzy ;)

      Usuń
  12. Mnie natomiast "Mistrz" zupełnie rozczarował. Zupełnie inny rodzaj relacji niż w "Aż poleje się...", mimo to zaś uważam, że Anderson się trochę powtarza - a to mu się nigdy wcześniej nie zdarzyło.
    Cała moja recenzja tutaj: http://popkulturalnie.wordpress.com/2012/12/19/oscar-race-the-master-recenzja/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...