16.09.2012

Moja Wenecja 2012 - relacja + foto



Zakładając bloga postawiłam sobie pewne założenia. Jednym z głównych było bywanie na festiwalach: raz w roku na jednym zagranicznym i jednym polskim poza moim miastem – Warszawą. W zeszłym roku byłam w Berlinie o czym pisałam TU, w tym wybrałam Wenecję.

Dlaczego festiwale są dla mnie takie ważne? Pierwszy prozaiczny powód to połączenie dwóch pasji: podróżowania i kina. Drugim, bardziej rozwijającym jest fakt, że to właśnie festiwale kształtują filmowy rynek i skupiają w jednym miejscu filmowe środowisko. Jak wiecie blog jest moim całym światem, ale tylko po godzinach pracy, która choć bardzo ją lubię, nie ma z kinem nic wspólnego. Dlatego czasem czuję się w oczach otoczenia trochę jak dziwak, gdy co drugi wieczór spędzam (często samotnie) w kinie. Festiwal filmowy daje mi poczucie odnalezienia swojego miejsca, swojego świata, ludzi takich jak ja. Żyjących kinem, odczuwających filmy, szukających w nich niemal recepty na życie, a nie tylko rozrywki na piątkowy wieczór. Atmosfera festiwalowa jest czasem cenniejsza niż same filmy, które się na nim ogląda, daje bowiem uczucie uczestniczenia w prawdziwym święcie kina. 

WENECJA

Wenecja jest idealnym miejscem na festiwal: pięknie położona, z idealną pogodą oraz włoskim luzem, ale i nutką elegancji. Jest ważnym, liczącym się festiwalem, który na szczęście nie jest aż takim targowiskiem próżności jakim wydaje się być Cannes. Miasto leży na lagunie, a filmowe miasteczko usytuowano na Lido – jednej z wysepek. Codzienne dopływanie do niej i wracanie z seansów wodną komunikacją jest samo w sobie wielką przyjemnością! Nie raz zdarzało mi się płynąć na premierę stateczkiem wypełnionym wystrojonymi w smokingi i wieczorowe suknie gości, a wracać z obładowanymi torbami ze sprzętem paparazzi. Podczas nocnych rejsów najbardziej widać jak wielu ludzi rzeczywiście uczestniczy w festiwalu.

FILMY

W samej Wenecji spędziłam tydzień, obejrzałam 4 filmy: 3 z konkursu głównego, jeden z pokazów specjalnych. Wybierałam filmy, na które czekałam, reżyserów, których znałam (pisałam TU). Raz zrobiłam ukłon w stronę organizatorów i mimo, że niezbyt znam i cenię ich współczesne kino, zobaczyłam włoską kandydaturę do Złotych Lwów.

Niestety filmy, które widziałam okazały się totalną klapą. Starzy mistrzowie (Malick, De Palma) więcej niż zawiedli. Pokazali filmy, które w ogóle nie powinny powstać, a już na pewno nie powinny się znaleźć w głównej selekcji tak ważnego festiwalu! Filmy pod każdym względem złe, nie dającą się wręcz oglądać – to zarzut do Terrenca Malicka.

Włoski „Un giorno speciale” to film zbyt banalny i naiwny by traktować go poważnie. To, że w ogóle znalazł się w konkursie było wyraźnym ukłonem w stronę Włochów. Zdziwił mnie ich entuzjazmem w stosunku do swojej kinematografii. Każdy włoski film był głośno oklaskiwany, a czerwony dywan przed projekcją gromadził największe tłumy. Z jednej strony uroczy jest ten ich filmowy patriotyzm, z drugiej zupełnie nieuzasadniony bowiem kino włoskie przeżywa obecnie wyraźny kryzys.

Europejska koprodukcja duńskiej reżyserki Suzanne Bier „Love is all you need zawiodła najmniej bo i nic nie obiecywała. Film miał pokaz specjalny na Festiwalu ze względu na lokalizację zdjęć: główna jego część dzieje się we Włoszech. Jest zabawnie, trochę refleksyjnie i bardzo słonecznie. Przed pokazem Pierce Brosnan oczarował wszystkich na czerwonym dywanie :)

Na szczęście nietrafne wybory filmowe wynagrodziło mi samo uczestniczenie w Festiwalu, które było ogromnie ciekawym doświadczeniem.

LIDO

Lido w czasie festiwalu zamienia się w prawdziwe filmowe miasteczko. Kasy i informacja czynne są od bladego świtu do północy. Przygotowane jest specjalne miejsce gdzie można odpocząć, coś wypić i zjeść. Mnie najbardziej interesowała część przeznaczona dla dziennikarzy. Mają oni do dyspozycji ogromną salę w pałacu festiwalowym. Wyposażoną w komputery, laptopy, darmowe WI-Fi i wygodne kanapy, na których większość z nich pracuje leżąc. Ale wszystkiego jest i tak za mało, wielu z nich pisze więc na swoim własnym sprzęcie siedząc gdzie popadnie czyli na podłodze. Bardzo dużo osób porusza się po Lido rowerami, które potem porzuca wokół festiwalowych obiektów.

SPOTKANIA

Rejs wodnym autobusem z Placu Świętego Marka na Lido to także świetna okazja by kogoś poznać J Ja poznałam producenta, reżysera, scenarzystę i fotografa w jednym. Przyjechał do Wenecji szukać pieniędzy na rozwój scenariusza filmu o Tito i cadillacu, który otrzymał od USA, i którym woził po włoskiej wyspie gwiazdy takie jak Sophia Loren czy Liz Taylor. W Wenecji mój znajomy robił zdjęcia dla modowego bloga. Był zawiedziony bo ludzie nie ubierali się tam zbyt wystawnie. Widziałam go potem jak robił sesję … Jezusowi! Gdy wspomniałam, że wybieram się na „Passion” De Palmy ostrzegał: „to już nie jest ten De Palma, on już nawet nie przychodzi na plan swoich filmów.” Po seansie zaczęłam mu wierzyć… 

Największy dupek festiwalu: Robert Redford. I to nie ja mu nadałam ten przydomek, a jedynie go powtarzam. Czym rozwścieczył nas Rob? Swoim zachowaniem na czerwonym dywanie, przez który szybko przemknął odwracając się do zgromadzonych fanów tyłkiem…

Film, który pokochali krytycy, a który został zupełnie pominięty przez Jury: „Spring breakers” Harmony Korine'a. Mówili o nim wszyscy jako o jedynym, który przewietrzył konkursowy zestaw. Prześwietlony film-teledysk z gwiazdkami Disneya w głównych rolach okazał się być chyba dla jurorów zbyt OFF.

Największy gniot: „To the Wonder” Terrenca Malicka! I to piszę ja, która broniłam „Drzewa życia” TU. Główna gwiazdą filmu Olga Kurylenko powiedziała na kończącym się właśnie festiwalu w Toronto: „To trudne być jedyną osobą, która wypowiada się o tym filmie i próbuje wyjaśnić co chciał przekazać Terrence”. No wcale jej się nie dziwię, że ma dość… „To the wonder” jest przeładowane kiczem i patosem nie do zniesienia. Podniosła muzyka, szepty z offu, nic nie wnoszące zdjęcia-obrazy, brak fabuły i dziwna gra aktorów stworzyły film koszmar. Wenecka publiczność nie wahała się wyrazić swojej opinii o nim: nigdy w życiu nie słyszałam jeszcze tak głośnego i ostentacyjnego buczenia i gwizdów w sali kinowej. 

Seans niespodzianka: W jednej z knajpek zaproszono nas na wieczorny pokaz włoskiego dokumentu o winie. Film był koszmarnie nudny, ale za to po projekcji odbyła się degustacja wina i poczęstowano nas pastą :) 

Czego najbardziej żałuję: „Mastera”, którego nie miałam już szans obejrzeć bo przyjechałam do Wenecji za późno. Ale najbardziej Michaela Fassbendera !!! O tym, że był w Wenecji dowiedziałam się już po jego wyjeździe :( Na festiwalu nie był pokazywany żaden film z jego udziałem, ale aktor przyjechał wręczyć nagrodę w konkursie na najlepszy film w serwise Youtube. Kompletnie nieświadoma zupełnie omijałam w programie tę pozycję…

FOTORELACJA: 


Filmowe miasteczko na Lido 



cennik biletów

                             
program 

miejsce na odpoczynek 



rowery porzucone pod Pałacem Festiwalowym 

Złoty Lew na Lido 

nosorożec był symbolem tegorocznego festiwalu 

czerwony dywan za dnia 



ekipy filmowe z całego świata relacjonowały Festiwal 


LANCIA woziła gwiazdy

strefa dla dziennikarzy

Pala Biennale - nazywane przeze mnie Cyrkiem bowiem był to po prostu ogromny namiot. Tu oglądałam filmy. 

Red carpet


Jezus na pokazie "Passion" De Palmy 

Alberto Barbera - dyr. festiwalu 

Włoska aktorka Giulia Bevilacqua, laureatka nagrody "L'Oreal Paris dla Kina"

Nadine Labaki  członkini jury "Horyzontów" 

R.R

Brian De Palma

Noomi Rapace

Noomi była naprawdę urocza - załatwiła jedmemu z fanów autograf De Palmy! :) 

seans zakończony winkiem ;) 

Shia promował w Wenecji film R.Redforda "The company you keep"

świetna reklama MOET CHANDON ze Scarlett Johansson na Placu Św. Marka 

reklama w jednej z filmowych gazet 

:) 

PS. Dziękuję mojej "ekipie" za wspaniały festiwal, zwłaszcza Magdzie Korgul (http://www.magdalenakorgul.com/), która jest autorką większości tych pięknych zdjęć :) 

2 komentarze:

  1. Diabelnie Ci zazdroszczę:) Co ja bym dał... może kiedyś się uda. To musi być naprawdę fantastyczne przeżycie.

    A co do filmów to z tego festiwalu głównie interesują mnie dzieła Andersona i Malicka i gdzie ktoś nie pisze o Wenecji, to szukam, co napisano o filmach tych panów. Niestety, wszędzie spotykam się z miażdżącą krytyką względem Malicka. A jego filmy kocham, Drzewo Życia to dla mnie niesamowita produkcja. I szkoda, bo strasznie czekałem, a a jednak wszędzie słychać negatywne opinie. Cóż, poczekamy, zobaczymy:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. ja jestem ciekawa czy Malick w ogóle będzie u nas grany, nie sadzę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...