08.08.2012

Margaret

"Margaret" reż. Kenneth Lonergan, USA 2011


Sytuacja bardzo nietypowa, oto na nasze ekrany (dużo powiedziane, nawet w Warszawie wyświetlają go zaledwie 3 kina) wchodzi film nakręcony 7 lat temu! W innym przypadku pytałabym „po co?”, ale w tym należy raczej krzyknąć: dzięki Bogu! Bo „Margaret” to film na miarę irańskiego „Rozstania”. Tak, wiem co piszę.

Zdjęcia do filmu kręcono w 2005 roku co doskonale widać po wyglądzie aktorów. To, że do kin USA trafił dopiero w zeszłym roku, jest wynikiem konfliktu między reżyserem a wytwórnią, który przez lata ciągnął się w sądzie. Reżyser, scenarzysta i odtwórca jednej z ról w jednej osobie - Kenneth Lonergan - o montaż swojego działa poprosił w końcu samego Martina Scorsese, z którym współpracował przy „Gangach Nowego Jorku”. O mijającym czasie boleśnie przypominają nam także nazwiska producentów pojawiające się w początkowych planszach: Anthony Minghella i Sydney Pollack, którzy już odeszli. Warto było jednak czekać na ten film, bo w tym wypadku czas mu wcale nie zaszkodził.

17 – letnia Lisa po szkole idzie na zakupy w poszukiwaniu kowbojskiego kapelusza na wyjazd z ojcem na prerię. Za sprawą splotu różnych przypadków (lub losu jak kto woli) staje się świadkiem, a w pewnym stopniu i uczestnikiem, wypadku drogowego, na skutek którego umiera kobieta. No właśnie, czy Lisa była tylko świadkiem czy kimś więcej, może nawet częściowym sprawcą? Nikt nie stawia jej takiego zarzutu, ale prawdą jest, że to ona widziała najwięcej i wie jak naprawdę doszło do wypadku. Pytanie co zrobi z tą wiedzą?

Niewiarygodne jak wiele filmów przychodziło mi na myśl podczas seansu. Ile skojarzeń, zamierzonych bądź nie, odwołań, powiązań. Mark Ruffalo, którego kariera właściwie rozpoczęła się od tego samego reżysera w „You can count on me”, grał już kiedyś sprawcę śmiertelnego wypadku. W „Drodze do przebaczenia” oglądaliśmy jego walkę z poczuciem winy i tytułową drogę do prawdy. Zmagania aktorki - matki Lisy - ze stresem towarzyszącym premierze w teatrze oraz przebitki ze sceny kręcone od strony kulis, przypominają „Premierę” Cassavetesa. Reżyser wchodzi w życie osobiste aktorki, stawia pytania o jej prawdziwość w normalnym życiu i koszty tego zawodu. Kobieta jest zagubiona, roztrzęsiona, łatwo wpada w rozpacz czy furię. Przegrywa słowne potyczki z córką bo wydaje się od niej mniej dojrzała i słabsza. A może po prostu bardziej wrażliwa? Motyw jej zabawnego adoratora, fenomenalnie zagranego przez Jeana Reno, przywodzi na myśl „Gusta i guściki”, gdzie też mieliśmy zderzenie dwóch odmiennych światów: biznesu i teatru. I wreszcie „Rozstanie”, od którego nie mogłam się uwolnić. Mamy tu tę samą konstrukcję: kluczowe zdarzenie otwiera film, później dokonuje się jego vivi sekcja. I także centrum prawdy stanowiło dziecko. U Farhadiego była nim 10 letnia córka bohatera, tutaj trochę starsza, wciąż ideowa Lisa. Szuka pomocy u dorosłych, ale oni wszyscy po kolei zawodzą. Neurotyczna matka, zapatrzony w swoją karierę zbyt odległy ojciec czy z pozoru sympatyczny nauczyciel, który okazuję się - delikatnie mówiąc - niezbyt odpowiedzialny. Jedynie co potrafią odpowiedzieć to: zapytam mojego prawnika, przemyśl to itp. I Lisa myśli, myśli o wypadku więcej niż ktokolwiek podejrzewa.

„Margaret” zachwyca misternie zbudowaną fabułą. Wątki, które pozornie nie mają nic wspólnego z głównym tematem, są perfekcyjnie dopracowane. Świat nowojorskiego Broadwayu, świat żydowskiej prywatnej szkoły dla bogatych dzieciaków, świat młodzieży. Jasny jest też przekaz ciągłych nawiązań do ataków z 11 września, które są metaforą sytuacji, w której znajduje się Lisa. W 2005 roku był to jeszcze wciąż bardzo świeży temat, dziś patrzymy na niego z większym dystansem. Niemniej szkolne dyskusje wokół wydarzenia świetnie oddają stan duch Lisy. To nie są tylko nakreślone tła, każda scena żyje, a film wciąga i wciąga coraz głębiej.

Niepozorna produkcja z każdą minutą rośnie do miana arcydzieła. Bardzo podoba mi się ta skromność. Lubię filmy cichutkie, małe, kręcone bez rozmachu, a powodujące wybuch emocji. Lubię Nowy Jork i filmy, których akcja się tam dzieje. W „Margaret” NY jest po prostu miastem. Nie stolicą świata, metropolią czy wielkim city. Jest miastem milionów ludzi i ich codziennych historii. Zwykłe mieszkanie Lisy, jej zwyczajna szkoła i codzienna droga do niej. Wielką radość sprawia, że autorem tych zwykłych niezwykłych zdjęć jest Polak, jeden z najlepszych europejskich operatorów, absolwent łódzkiej filmówki – Ryszard Lenczewski.

Niezależne kino amerykańskie jest zbawieniem dla aktorów Hollywood. Kto wątpi, podobnie jak ja, w talent Anny Paquin (nie oglądam "True Blood" ze względu na jej irytującą bohaterkę) czy Matta Damona (nigdy mnie nie oczarował swoją grą), wyjdzie z „Margaret” zaskoczony. Paquin należy się za tę rolę każda filmowa nagroda, chociaż dziwne byłoby ją dostać za rolę graną 7 lat temu... Jej Lisa to postać skomplikowana, silna, pełna sprzeczności. Paquin stworzyła jedną z lepszych kobiecych ról od lat. Pociągnęła bardzo ciężką emocjonalnie historię przez niemal dwie i pół godziny. Towarzyszą jej równie znakomici aktorzy w rolach drugoplanowych: Mark Ruffalo, Matthew Broderick, Jean Reno, Matt Demon. Wszyscy trzymają wysoki poziom sprawiając, że film nie ma właściwie słabych punktów.

Więc o czym jest „Margaret”? O pożegnaniu z ideałami młodości? O brutalnym wchodzeniu w dorosłość? Czy może o powolnym dorastaniu i nauce przystosowania się do niego. Każdy potrzebuje własnej narracji swojego życia. Nie zawsze idzie ona w parze z głosami otoczenia. Zawsze warto jednak o nią walczyć, nawet jeśli zwycięstwo w tej kwestii nie istnieje. 

I może Lisa jednak nie ma racji - nie jesteśmy sami, a porozumienie między ludźmi jest możliwe. W tym rozstaniu jest pojednanie.

Idźcie do kina. Ja wyszłam zachwycona.



8 komentarzy:

  1. Dłuuugo czekałam na ten film, u mnie grają go w zaledwie jednym kinie (!!!), a u mnie krucho z czasem. Nie sądziłam, że będzie to rewelacyjne kino, choć zwiastun mnie zaintrygował, ale Twoja recenzja bardzo mnie cieszy i podkręca jeszcze bardziej - muszę zobaczyć!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. też się nie spodziewałam, że będzie to tak świetny film. Gorąco polecam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapowiada się znakomicie i po Twoje recenzji naszła mnie wyjątkowa ochota na obejrzenie tego filmu, ale nie wiem, czy w ogóle będę miał taką możliwość. U mnie raczej tego nie grają, a szkoda!

    OdpowiedzUsuń
  4. Brzmi świetnie. Po takiej recenzji od razu chciałoby się go zobaczyć. I jeszcze wspominasz Johna Cassavetesa, a ten gość mi imponuje swoją odwagą i oryginalnością w kinematografii.

    OdpowiedzUsuń
  5. ciekawy film i trudny bo pokazac ze wrazliwosc egzaltowana zerojedynkowa jest tak sama głupia albo i głupsza niz komformizm i relatywizm to sztuka. Ostatnio udalo sie to we wstydzie na zasadzie kontrastu tego rodzenstwa - relatywizm kontra egzaltowana wrazliwosc. Madre kino ale mega trudne i rozwleczone. Szkoda ze bo gdyby byl zgrabniej zrobiony realizacyjnie to byłyby nagrody a tak kino dla wtajemniczonych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje, bardzo trafne porownanie.

      Usuń
  6. Mnie też recenzja bardzo zaciekawiła, film obejrzałam i zgadzam się z opinią że rozwleczony. Anna Paquin była rewelacyjnie irytująca od początku do końca, ale na tym polegał urok tej postaci.
    Przyznam szczerze, że rozwój wątku wypaku zdziwił mnie trochę. To nie jest tak, że 'zabrania się przeszkadzać kierowcy w czasie jazdy'? Czekałam na karę, która spadnie na główną bohaterkę ku jej wielkiemu zaskoczeniu - wyrok więzienia, który w końcu dostanie się jej, a nie kierowcy. A tu nic, wszystko jej uchodzi na sucho, ale może to właśnie dla niej największa pokuta.

    OdpowiedzUsuń
  7. jasne, cała machina wydarzeń, którą Lisa napędziła jest powodowana jej własnym poczuciem winy.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...