04.05.2012

Co nas może spotkać w kinie



Na pewno każdy z Was miał jakieś kinowe przygody. Ja opisałam te, które pamiętam i które nadają się do publikacji ;) Ciekawa jestem Waszych! 

1. Całkiem sama w sali kinowej
To mi się zdarza od czasów liceum kiedy na wagary przeważnie chodziłam do kina a w godzinach porannych byłam często jedynym widzem. Przyznam szczerze, że nie lubię być sama na sali kinowej, trochę się boję. Ale chyba jeszcze gorszą sytuacją jest gdy jest na dwoje: ja i ktoś obcy, kto na dodatek siada gdzieś za mną. Wtedy boję się jeszcze bardziej :)

2. Film się zaciął 20 minut przed końcem! 
Tę przygodę opisywałam TU

3. Film się spalił
Spalona klatka filmowa – widzieliście kiedyś jak to ładnie się pali na ekranie? Ja miałam okazję już parę razy

4. Włączyli nam nie ten film
Szybko na szczęście nastąpiła reakcja i zamiana.

5. Nie ta sala
Kazano wszystkim widzom przenieść się do innej sali a było nas naprawdę sporo.

6. Brak klimatyzacji
O matko, to był koszmar! W najgorsze upały trafiłam do sali bez klimy. Dosłownie polewałam się wodą z butelki! Zapytacie pewnie czemu nie wyszłam z kina? Cóż ja bardzo rzadko wychodzę przed końcem seansu, nawet jak film mi się nie podoba albo są fatalne warunki do jego oglądania więc i tym razem przemęczyłam się do końca….

7. Spanie w kinie
Bardzo często ucinam sobie kilkuminutową drzemkę. To już mój standard, który nie ma nic wspólnego z tym czy film jest dobry czy nie. Ja po prostu lubię spać w kinie :)

8. Molestowanie
Do się zdarzyło mojej koleżance gdy byłyśmy razem w kinie w Paryżu. Młody mężczyzna, który siedział obok niej cały seans poświęcił bardziej jej niż filmowi.

9. Dzieci
Trafiłam na seans z dziećmi, które były na nim drugi raz. Miałam na bieżąco komentarz na temat tego co się za chwilę wydarzy. Bezcenne…

10. Nienumerowane miejsca
W Warszawie jest kilka kin studyjnych, które nigdy nie miały numerowanych miejsc. Domyślacie się, że znam dosłownie wszystkie kina w moim mieście, niektóre od dziecka. Wiem więc gdzie jest tak, że kupuje bilet, wchodzę do sali i siadam tam gdzie chce. Problem zaczyna się gdy do kina zawita ktoś, kto nie ma tak „eksperckiej” wiedzy jak ja i próbuje mi wmówić, że zajęłam JEGO miejsce…

11. Męski seans
Pamiętam jak poszłam na „Terminatora – Ocalenie” w jego pierwszy piątek, seans tuż po pracy. Nigdy czegoś takiego nie widziałam: na pełnej sali byli dosłownie prawie sami mężczyźni. W powietrzu czuć było testosteron.

12. Turban
Przede mną usiadł gość w … turbanie! Tak, zasłonił mi cały ekran. Sala była dość napchana ale udało mi się przesiąść no bo przecież nie mogłam go poprosić żeby go zdjął!

13. Celebryci w kinie
Najgorsze wspomnienie z upierdliwym widzem siedzącym obok mam z seansu „Mojego tygodnia z Marylin”. Obok mnie usiadł bardzo znany polski projektant mody męskiej ze swoją dziewczyną. Zachowywali się w sposób żenujący. Głośno gadali, śmiali się a ich komentarze były głupie jak fotel…

20 komentarzy:

  1. fajny temat!

    żeby się nie powtarzać, kiedyś na seansie trzeciej części nowej trylogii SW, przez pierwsze 6 minut słychać było tylko okrzyki bohaterów okraszone czarnym ekranem [przez to wydarzenie puściłam focha na multikino i zawitałam do niego dopiero w tym roku]

    ps. uwielbiam być sama na seansie, wielki ekran i jak, rekompensuje mi brak możliwości stworzenia "osobistego kina" w domowej piwnicy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "okraszone czarnym ekranem" ha ha dobre :)
      Większość moich przygód typu techniczne wpadki zdarzyło się w moim ulubionym kinie ale ja je przyjmuje jako cześć jego specyfiki :)

      Usuń
    2. Było to dawno temu, gdzieś na początku lat 80-tych, zimą. Często zdarzały się problemy z zasilaniem i w części miasta wyłączano prąd, na 2-3 godziny, nie krócej. Wybrałem się z kumplem do kina na francuski film ,,Tortury''. Rzecz traktowała o dziennikarzu, który tropił przykłady łamania praw człowieka podczas wojny w Algierii, wpadł w łapy francuskich komandosów został poddany brutalnemu śledztwu. Liczyliśmy na jakieś eksploatacyjne, hardkorowe sceny,ale nic z tego, z ekranu wiało nudą. Wreszcie, już po połowie filmu, coś się zaczęło dziac: okrutni ,,paras'' podłączyli gościowi elektrody i zaczęli go pieścic prądem. Coś tam żle zainstalowali i wywaliło im bezpieczniki...i w tym momencie też gaśnie światło w kinie ,a obraz znika. Na sali było może pięc osób na krzyż, siedzimy i czekamy. Nagle w ciemnościach pojawia się nikłe światełko; to pani bileterka ze świeczką na spodku. Oświadczyła, że prąd będzie nie wcześniej, niż za półtorej godziny i nie ma sensu, żebyśmy tyle czekali. Nie widzi też powodu, by zwracac widzom za bilety. W dosłownie paru zdaniach opowiedziała nam dalszy ciąg filmu ( ,,potem go wezmą do furgonetki, on się uwolni i wyskoczy, pójdzie do prasy i wszystko opublikuje'' - tak to jakoś leciało). Po czym wszyscy wyszli z kina.

      Usuń
    3. "w paru zdaniach opowiedziała dalszy ciąg filmu" - piękne :))

      Usuń
    4. Ha ha ha świetne :))) Stare dobre czasy...

      Usuń
  2. No cóż ja to miałam tylko do czynienia z tym, że ekran się w pewnym momencie na chwilę wyłączył i jakiś gimnazjalista kopał moje siedzenie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje miejscowe kino jest obecnie w trakcie solidnego remontu. Jednak od lat frekwencja po prostu kulała. Odwoływane seanse nie były rzadkością i dlatego wyrobiłam sobie nawyk kupowania biletu na kwadrans przed. Jakie było moje zdumienie, kiedy wybrałam się na "Nigdy w życiu". Wchodzę i baranieję na widok kolejki, co wzbudziło wesołość zebranych. Kiedy weszli kolejni zdumieni, wiedziałam jak sama wyglądałam. To była najfajniejsza kolejka do kasy kinowej w jakiej stałam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. łoo, chyba za rzadko jednak chodzę do kina. takie przygody... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny temat:) Ja chyba nie miałam żadnej przygody, przynajmniej nie kojarzę, ale fajnie Was poczytać:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobry temat. W zasadzie, to od dłuższego już czasu przymierzam się do napisania o tym pewnej rozprawki, tudzież felietonu u siebie. Zawsze mam wielkie chęci w momencie oczekiwania na seans w kinie. Przyrzekam sobie, że jak wrócę, to już na pewno coś napiszę. Tak, to właśnie jest ten dzień. Ale film się zawsze kończy, wracam do domu i nagle się okazuje, że mnie się już nie chce kopać ze światem.

    Ja na ten przykład w kinie jestem człowiekiem paradoksu. Nie znoszę w nim bowiem ludzi. W ogóle. Za każdym razem gdy przekraczam wrota kinematograficznej ciemności, przepotwarzam się w człowieka wybitnie aspołecznego. Czasem nawet myślę, że taki Breivik także mógł być fanem kina i zabijał z miłości do niego (żart, jakby ktoś nie złapał). Wyjątkiem są festiwalowe projekcje. Lubię ich klimat, zwłaszcza u nas na WFF w Warszawie, ale tu też połowę ludzkości bym z miejsca odstrzelił. Zwłaszcza tych, którzy spóźniają się na seans i w czasie kiedy człowiek próbuje się już skupić na świetle bijącym w jego kierunku z ekranu, to ci muszą non stop wpuszczać sztuczne światło z korytarza do wnętrza intymności kinowej (stare kina) i szukać zawzięcie wolnych dwóch miejsc obok siebie na sali, oczywiście informując o tym wszystkich zebranych. Muszą koniecznie dwa? Nie mogą usiąść na półtorej godziny oddzielnie?

    Nie znoszę ludzi w kinach. Do kin nie powinni wpuszczać parami, zakochanych i innych kombinacji liczb mnogich. Powinna wisieć kartka przed wejściem "Tylko dla liczb pojedynczych, singli i wyobcowanych szaleńców - wchodzicie na własne ryzyko". Pary, nie ważne w jakiej konfiguracji płciowej i towarzyskiej, zawsze mają sobie coś ważnego do powiedzenia. Po to się przecież umawiają do kina. Nie idą na film, tylko żeby sobie pogadać. W pubie czy cafe jest na to za głośno, ale w kinie już w sam raz. Wiem, że reklamy przed seansem są najlepszym momentem, aby opowiedzieć swojej koleżance lub koledze o traumie jaką przeżyło się przed godzinką jadąc zapchanym tramwajem do miejsca zbiórki, ale być może nikt mi nie uwierzy, mało mnie to akuratnie obchodzi. Lubię sobie rzucić okiem w spokoju także na zwiastuny i zapowiedzi innych filmów, ale czasem ciężko zorientować się, czy ścieżka dźwiękowa dobiega z głośników surround zamontowanych wysoko na ścianach, czy może jednak z fotela obok. No tak, ta laska cały czas jedzie tym tramwajem... Dlatego często można mnie rozpoznać w sali kinowej po tym, że mam słuchawki w uszach. Zdejmuję dopiero na pierwszych napisach.

    W ogóle to pary damsko-męskie są w Warszawie bardzo wycwanione. Dość często niestety mnie prześladują. Zwłaszcza te młode. Tak już mam, że nauczony wieloletnim doświadczeniem, chodzę na seanse o nieludzkich porach i do kin mniej popularnych, no wiadomo, żeby po prostu obejrzeć w spokoju film, a nie użerać się z całą ludzkością. Plusem seansów o nieludzkich godzinach i w środku tygodnia są rzecz jasna permanentne pustkowia. Czasem tylko porzucony popcorn wali się gdzieś po podłodze, ale on mi nie wadzi. Niestety wiedzą o tym także pary człekokształtnych damsko-męskie. Mniej więcej co szósty seans (acz to bardzo luźne statystyki do których nie przykładam wielkiej wagi) trafia mi się parka która za moimi plecami w rzędzie, lub trzy wyżej (nigdy nie siadam na samej górze, wolę ekrany blisko oczu) musi uprawiać miłość francuską, tudzież grzmoci się jak popadnie. Mój kumpel nazywa ich brzoskwinkami. A to dlatego, że biedak kiedyś myślał, że taka jedna parka za nim, zaciekle spożywa niezwykle soczystą brzoskwinię. Otóż to nie była brzoskwinia. Oni nawet nie jedli.

    (...)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie znoszę ludzi w kinie także dlatego, że śmierdzą. W sensie nie, że oni, tylko ich przekąski-zakąski. Spalony popcorn, wszelkie nachosy i walające się po całym kinie sosy pseudo meksykańskie. Kanapki, kubki termiczne, batoniki, orzeszki, jakby się wybierali na całodniowy piknik za miasto. No ludzie. Odgłosy wysysanego napoju przez słomkę, to też dobre. Ile razy mam ochotę wstać, podejść do klienta i mu powiedzieć: "Przepraszam Pana najmocniej, ale pozwolę sobie nieśmiało zauważyć, że tam o, w środku, w tym niewątpliwie pięknym kubku chyba z tworzywa sztucznego, już nic nie ma. Wyssał Pan już z niego nawet cały lód. Pozwól mu więc Pan żyć własnym życiem i przestań no w końcu siorpać tą słomkę do jasnej cholery!". Oczywiście nigdy na takie wynaturzenie w obecności innych żywych istot myślących się nie odważyłem, ale jeszcze całe życie przede mną.

    Trzy razy w kinie w mojej obecności tłukli się widzowie między sobą. Wiadomo, stolica. Miasto kultury i karykatury. Raz miałem ochotę się nawet przyłączyć do tychże igrzysk, bowiem atakujący mieli niewątpliwą słuszność i mieli po swojej stronie cały świat, a może nawet wszechświat i Mela Gibsona Waleczne Serce. Ale gdy już postanowiłem wstać ze swojego tronu, było po wszystkim. Poszło jak zwykle, o niewyraźnie wydrukowane numerki foteli na biletach. Ale to było jeszcze w czasach, kiedy drukarki laserowe pracowały tylko dla CIA. No właśnie. Numerowane bilety. Śmiech na sali. Do tramwajów też powinni sprzedawać numerowane blankiety, bo potem pretensje jak babcia stoi, a uczeń siedzi i żuje gumę. Raz do mnie typ z kobitką (tacy wiecie, w stylu "Mojito dla mojej świni") woła i grzmi: "To nasze miejsce". A ja, że nie wydaje mnie się, gdyż ponieważ, mam tak, że jak się da, a da się prawie zawsze, to sam wybieram sobie w systemie fotel i ten do mnie wołał już od progu, że do mnie należy, i że jak nie wierzy, to mogę pokazać ów dowód, wydrukowany na jakimś świstku papieru. Pokaż no, rzekł do mnie. Pokazałem. No i zgadzało się. Mój fotel. Z dumą sięgałem do kieszeni chowając go z powrotem, lecz akcja tego filmu przybrała niespodziewane zakończenie. Oni mi pokazali swoje tickety. Ten sam numerek mojego tronu prężył się na ich świstku papierka. No cóż. Fotel to świnia. Zdradził mnie dla takiego, takich, tych, czegoś. Dlatego lubię siadać nisko w tych kinowych rzędach. Zwykle od połowy w dół. Po pierwsze bliżej ekranu i jako jeden z pierwszych łapię obraz, po drugie, plebs (bez urazy rzecz jasna jak kogoś zaboli) lubi gnieździć się zawsze wysoko i rzucać w siebie popcornem. To jakaś podświadoma obsesja, która kłębi się w ludzkich głowach od zarania dziejów. W autokarach podczas wyjazdów też każdy chciał zawsze siedzieć z tyłu.

    Właśnie. Jeszcze tylko jeden akapit (obiecuję) odnośnie tych pieprzonych rzędów w kinach. Budują no teraz takie wymuskane izraelskie cudeńka, multipleksy, klimatyzowane, fotele lotnicze, miejsce na kubek i na nogi. Ale żeby zamontować te lotnicze loże na zakładkę, jak niegdyś nasi socjalistyczni inżynierowie i przedwojenni mistrzowie, to nie. Zbyt skomplikowane. Wystarczy że siądzie przed tobą typ postury, nawet nie Burneiki, Najman wystarczy. No to już klops. Środkowo-południowy obszar ekranu niedostępny dla twych oczu. Pal licho jak znasz język angielski, to napisy nie potrzebne, ale jeśli to film irański? W starych kinach fotele są skrzypiące, niewygodne że aż dupa puchnie, nogi powykrzywiane z braku przestrzeni, ale system zakładkowy jest. Łeb przede mną jest nie przede mną, tylko obok. Zasłaniać mi może najwyżej łeb dwa rzędy niżej. Ale to musiałby siedzieć łeb dwa metry. Acz i takie przypadki nie należą rzecz jasna do rzadkości.

    Mógłbym tak pisać i pisać. Jest jeszcze temat dzieci, temat telefonów komórkowych, temat tematów, ale nie wiem czy tak długi komentarz mi puści Google (teraz już wiem, że nie puścił, musiałem dzielić skórę na niedźwiedziu), no i czy w ogóle ktoś będzie chciał go przeczytać. Nie lubię ludzi w kinie i już. Dlatego zwykle chodzę do nich sam. Na randki zabieram dziewczyny gdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzę, że to Ty powinieneś napisać ten post nie ja! :) Uśmiałam się łez i wiele spostrzeżeń podzielam. Ja również wolę być w kinie z niewielką ilością ludzi, nie lubię być całkiem sama ale gdy sala jest pełna mam problem z nawiązaniem więzi z filmem. Tak było np ostatnio na "Nietykalnych" - w full sali było tak głośno od co chwila wybuchających salw śmiechu, że aż mi to przeszkadzało. Choć czasem miło jest usłyszeć, że ktoś w tym samym momencie reaguje dokładnie tak samo jak ja :)

      Usuń
  8. No no dobre:) ja pamietam seans filmu pana Moore'a. 3 minuty przed koncem tasma spadla, a nie bylo komu zalozyc, bo Pan techniczny obsugiwal 4 inne kina w tym samym czasie! Wszystkie 4 na tej samej ulicy, wiec chlopak sie musial nabiegac. No i jak ta tasma spadla to byl wtedy w innym kinie...wiec Pani z kasy lamanym francuskim opowiedziala koncowke i oddala hajsik:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o matko, co za gość! Takie rzeczy to tylko w Paryżu :)

      Usuń
  9. Niestety nie mam szansy być w kinie sama, w moim małym miasteczku kino ma zasadę, że puszcza film dopiero po przybyciu odpowiedniej liczby osób. Przeważnie 5. Zawsze gdy idę sama jest stres, że tym razem może nie odbyć się film. Przykładowo, na "Afonii i Pszczołach" byłam trzy raz i nigdy magicznej piątki nie udało się uzbierać. Kilka miesięcy temu była na "Niebezpiecznej metodzie".Wchodzę do kina, a tam dwie małe dziewczynki. Potem dochodzi jeszcze para. Uff, będzie seans. Lecę więc do kasy, ale przezorny mężczyzna pyta czy wszyscy na "metodę". Dziewczynki na to, że one przyszły na "Zmierzch" (dokładniej którąśtam część). Pani w kasie uświadomiła je, że to dopiero za tydzień. Trochę przestraszone pytają nas co to za film ma być. Nie wiem co tu robić, nie można ich spławić, bo filmu nie będzie. W końcu mężczyzna mówi, że to jest taki trochę film dla dorosłych. Myślę, że to ostatecznie je przekonało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. znam to uczucie zawodu, bo w Warszawie niektóre kina też mają swoje minimum widzów:( A dziś przydarzyła mi się kolejna wpadka: kino puściło film z napisami ale angielskimi (dla mnie bez różnicy), po ok 20 minutach zdecydowano się przerwać seans i zapalić światła bo jakiś Pan zaczął się awanturować. Przerwa trwała z 10 minut. Obiecano włączyć film w momencie zatrzymania i już z poprawnymi napisami po czym... włączono film od początku znowu z angielskimi napisami... Sala zaczęła się buntować: klaskać, tupać, gwizdać, krzyczeć. W międzyczasie z 30% ludzi wyszło, potem kolejni ale tylko na kawę żeby darować sobie początek, który już widzieli. Ruch na sali był duży... Organizatorzy nie ulegli zbuntowanej sali i film leciał dalej. Aż nagle nie wiadomo jak napisy zaczęły być po polsku... Ogólnie seans przedłużył się o jakieś 40 minut. A nie był tego wart.

      Usuń
  10. Ja zdecydowanie nie lubię spóźniać się się do kina, bo lubię oglądać trailery.
    Zdarza mi się odpuścić film jeżeli z przyczyn ode mnie nie zależnych nie mogę dotrzeć do kina na czas. Pewnego razu umówiłem się do kina na "Pokutę" z moją przyjaciółką kinomaniaczką, a dokładnie autorką tego bloga;)
    Przed seansem powiedziała mi, że będzie jeszcze jej przyjaciółka, której nie znam. Nie pojawiała się na czas, więc zostawiliśmy jej bilet w kasie i weszliśmy na seans. Przybyła w końcu ale
    spóźniła się 40 min, nie wierzyłem, że aż tak można było się spóźnić do kina, to już lepiej sobie odpuścić...ona nie odpuściła i przyszła...bardzo dobrze zrobiła...3,5 roku później została moją żoną;)
    PS: Teraz też się spóźnia ale mniej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małe sprostowanie to nie na ten film spóźniłam się 40 minut, ale to inna historia... wtedy wchodząc na salę kinową podknęłam się o bezdomnego, który siedział na schodach i oglądał film akcji! :)
      Na "Pokutę" spóźniłam się tylko 20 minut z czego połowę tego czasu pokazywane były trailery!
      Najważniejsze, że przyszłam i spełniłam marzenie pewnego chłopaka! Spotkał miłość swojego życia w kinie! ♥♥♥ A autorka tego bloga została naszą świadkową! ♥

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...