24.02.2012

Wstyd

"Shame" reż. Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

Jest we „Wstydzie” dużo wstydu, niezręczności, zażenowania. Dużo dziwnych, odrażających zachowań. Dużo ciężkich słów i kipiących pod skórą emocji. Ale przede wszystkim jest tu dużo chłodu.

Wszystko w świecie Brandona jest bezimienne i sterylne. Jego mieszkanie, praca, kontakty z ludźmi. Widzimy go nagiego, ale nic o nim nie wiemy. Nie wiemy czym tak naprawdę się zajmuje, mimo że szklane biuro pozwala na nieograniczoną obserwację. Jego życie wydaje się uporządkowane. Tak naprawdę jest w totalnej rozsypce.

Brandon cierpi na uzależnienie, które jest ucieczką od jakiejś bolesnej przeszłości, o której widzowie nic nie wiedzą. Jednak akty oddawania się nałogowi nie przynoszą mu wybawienia, a nawet przyjemności. Pogłębiają jedynie ból i rozpacz.

Michael Fassbender stworzył postać wręcz sztywną od wewnętrznego chłodu. Tak zamkniętą, że aż odpychającą widza. Zbliżamy się do niego dopiero gdy w jego życie wkracza głośna i emocjonalna siostra. Sissy (Carey Mulligan) go irytuje, wkurza, denerwuje. Nie tylko dlatego, że jest bałaganiarą i roztrzęsioną artystką, ale przede wszystkim bo jest świadectwem wszystkiego o czym chciałby zapomnieć: przeszłości, bliskości, uczuć. Jest między nimi dziwna relacja: niezrozumiała, czasem wręcz niestosowna kiedy ociera się o seksualną prowokację. Ale nie chodzi tu o wywołanie niesmacznych kontrowersji, w ten osobliwy sposób siostra desperacko walczy o uwagę brata. Próbuje go w jakikolwiek sposób zaangażować, potrzasnąć nim. Dzięki niej w wizerunku Brandona coś pęka.

Reżyser wie, że w dzisiejszym, pruderyjnym świecie w kinie można bez problemów pokazywać okrutne sceny przemocy, ale seks wciąż uznawany jest za temat tabu, coś złego. Udało mu się nie dopuścić do przekroczenia granicy dobrego smaku, mimo że sceny zbliżeń nakręcone są bardzo realistycznie. Pomogło mu jego niesamowite wyczucie obrazu. 

Steve McQueen mówi o sobie: „nie jestem reżyser, jestem artystą”. Tworzy wizualne filmy oparte na charakterach swoich postaci. Nie lubi gdy aktorzy grają. Chce uzyskać na ekranie efekt prawdziwego życia dlatego na planie jest dużo improwizacji. W przeszłości był artystą wizualnym stąd duże przywiązanie do zdjęć. We „Wstydzie” wybiera małe klaustrofobiczne pomieszczenia by pokazać, że jego bohater czuje się w swoim ciele jak w klatce. Nowy Jork, w którym dzieje się akcja też jest inny niż go znamy. Szary, brudny i wyjątkowo cichy. Bez nieodłącznego gwaru, tłumu przechodniów oraz bez kolorów.

We „Wstydzie” liczą się sceny. Jak ta kiedy Brandon wychodzi pobiegać po swojej dzielnicy. Mija kolejne przecznice a w tle słyszymy klasyczne pianino. Niesamowite połączenie, które ze zwykłego ujęcia zrobiło coś magicznego. Hipnotyzujący jest również występ Sissy - w jej melancholijnym wykonaniu „New York, New York” zawiera się cały smutek i kruchość tej postaci. Najbardziej przejmująca była dla mnie ostatnia scena, w której widać jak ciężko jest wygrzebać się z otchłani swoich własnych demonów. A raczej to, że czasem jest to prostu ponad nasze możliwości.


„Wstyd” pozostawił mnie z nieprzyjemnym uczuciem smutku. Człowiek jest samotny w swoim cierpieniu, niezrozumieniu, w swojej codziennej walce. Tak już po prostu jest… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...