27.12.2011

Jak to się robi w Ameryce


Wszyscy oglądamy seriale, taka moda. Zaczynam więc i ja dzielić się na blogu swoimi faworytami z małego ekranu. Na początek produkcja HBO, której druga seria leci właśnie w TV niemal równolegle w Polsce co w Stanach: „Jak to się robi w Ameryce” („How to make it in America”). I serię (8 odcinków) obejrzałam ciągiem, kilka tygodni po zakończeniu emisji w HBO. Potem były prawie 2 lata (!) niepewności i czekania na kolejne epizody aż w końcu w drugiej połowie 2011 serial powrócił.

O co chodzi czyli fabuła:

Bohaterami jest dwójka młodych przyjaciół: Cam i Ben, tzw. życiowi nieudacznicy. Chłopcy wpadają na genialny pomysł: będą szyli dżinsy, na których punkcie oszaleje Ameryka. Akcja dzieje się w Nowym Jorku, ale nie tym, który znamy z „Seksu w wielkim mieście” czy „Gossip girl”, lecz głównie w biednych dzielnicach, gdzie ludzie non stop kombinują jak zdobyć pieniądze, a lichwiarze zacierają ręce. Oprócz dwóch głównych bohaterów śledzimy także losy byłej dziewczyny Bena – Rachel, wujka Cama – Rene i innych przyjaciół (Lulu, Kapo, Domingo). Bo choć może się wydawać, że serial opowiada historię młodych dorobkiewiczów to tak naprawdę przyjaźń jest tu najważniejsza: „Czasem ważniejszego od samego biznesu jest to z kim go się robi” – pada w jednym z odcinków

Postacie

Ben i Cam to chłopaki z dzielnicy, którzy w tej dzielnicy zostali. „Mam prawie 30 lat, nie mam pracy ani ubezpieczenia” – mówi Ben. Cam nie skończył szkoły i rzucił się w biznes z Benem. To chyba on najbardziej w niego uwierzył, może dlatego, że sam nie ma w zanadrzu żadnego planu B. Ci dwaj nie mają nic do stracenia a bardzo wiele do zyskania dlatego są bardzo zdeterminowani: teraz jest ich czas i walka o być albo nie być.


Rachel w I serii jest właściwie tylko byłą dziewczyną Bena. Za to w serii II wyrasta na pełnoprawną bohaterkę serialu stając się moją ulubioną postacią. Może dlatego, że jest najbardziej zagubiona, najmniej przewidywalna i najbardziej się zmienia. Plus ma świetny styl :)

Dlaczego mi się podoba

Ale ja lubię oglądać HTMIA nie względu na postaci czy fabułę (mimo dużej sympatii jakoś nie mogę ich pokochać i naprawdę się przejmować ich losami), ale ze względu na miejsce, w którym się dzieje, a właściwie sposób jego pokazania.

Nowy Jork – miasto kalejdoskop

Kiedy zwiedzałam Nowy Jork miałam to wyjątkowe uczucie, że znam to miasto, mimo, że nigdy wcześniej tam nie byłam. Filmowcy postarali się zrobić mu reklamę jakiej nie ma żadna inna metropolia. A jednak „HTMIA” udaje się pokazać je z jeszcze innej strony. NYC jest tutaj miejscem bardzo inspirującym. Siedliskiem niezależnej kultury i spontaniczności gdzie bohaterowie udają się nocą na szalone wyprawy oldschoolowymi rowerami. Wszystko jest „grundgy”, trochę brudne, hipsterskie (w znaczeniu o jakim Europa raczej nie ma pojęcia), ale i bardzo prawdziwe.


Jest więcej przedmieść i brzydoty, więcej codziennej rzeczywistości. Oglądając „How to make it in America” mam wrażenie, że to w zasadzie serial paradokumentalny. To co w innych produkcjach się ukrywa: brudne chodniki, zapyziałe ulice, podrzędne knajpki tutaj jest główną scenografią. Zdjęcia kręcono głównie w naturalnych plenerach i nie są to opatrzone lokalizacje. Bohaterowie spotykają się w dzielnicowych parkach, na rogach nieciekawych ulic, w egzotycznych sklepach. Jedzą w małych, tanich i dość obskurnych snack barach albo na ławeczkach pod pracą. Często trafiają do ukrytych skarbów miasta jak np. do rosyjskiej sauny! Ale, mimo że mało mamy kadrów tzw. „ładnych obrazków”, nie jest to obraz miasta odrażającego, jest ono dzięki temu jeszcze bardziej pociągające.   

Wśród znajomych Bena i Cama przewijają się różne narodowości i różne klasy społeczne.  Jedni pracują w banku, inni porozumiewają się ulicznym slangiem i zawodowo wyprowadzają psy. Są wśród nich dziennikarze, projektanci, dj-e, artyści, byli kryminaliści, graficy, handlarze marihuaną… Wszyscy starają się jakoś przetrwać, przeżywają swoje upadki i wzloty. Nowy Jork ich pochłania będąc polem nieustającej walki, „To miasto mnie pożre” – mówi Rachel.


NY jest tyglem różnorodności i stolicą wszystkiego co najnowsze a nawet wyprzedzające powszechną modę. Prawdziwym smaczkiem serialu jest muzyka: wszechobecna indie music, dupstep i inne modne ciekawostki. Tracklisty każdego odcinka są fenomenalne.

Kolejnym ogromnym plusem są oczywiście stroje bohaterów reprezentujące wszystkie obecne trendy. Przy tym wszystkim nic nie jest wykreowane sztucznie, sama rzeczywistość prosto z ulicy.



HBO jest zdecydowanie prekursorem w telewizyjnych produkcjach co w tym serialu widać w sposobie montażu, który jest dość ekstrawagancki. Często dostajemy panoramę scenek dziejących się w mieście, zdjęć z obserwacji codziennej rzeczywistości. Wszystko to sprawia, że historia jest bardzo świeża, dynamiczna. Po prostu dobrze się to ogląda. Polecam. 

A wszyscy na pewno znacie już piosenkę "I need a dollar" Aloe Blacca z czołówki serialu:



3 komentarze:

  1. jak zwykle wpisałam na listę oczekujących, zobaczymy co będzie może znajdę chwilę czasu, ale z doświadczenia wiem że seriali HBO nie ogląda się dla relaksu między kawą a ciastkiem, więc lepiej znaleźć sporo czasu i cieszyć widowiskiem i pewną diagnozą społeczną

    OdpowiedzUsuń
  2. a HBO właśnie ogłosiło, że nie będzie serialu kontynuować. Wielka szkoda ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za namiary na ten tekst. Fajnie znaleźć kogoś, kto podziela moje odczucia :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...