09.09.2011

Telluride Film Festiwal



Dużo piszę o festiwalach ale to dlatego, że jest ich co raz więcej, zyskują coraz szersze grono widzów a ich znaczenie dla całego filmowego przemysłu rośnie. Wspominam o festiwalach też dlatego bo sama chciałabym je wszystkie kiedyś odwiedzić J

Jeśli by pokusić się o wyłapanie jakiegoś trendu w całej festiwalowej machinie, to moim zdaniem na znaczeniu zyskują małe i kameralne imprezy. Wiadomo, że rządzą Cannes, Wenecja i Berlin, zaraz po nich są Toronto, San Sebastian czy nowojorska Tribeca. Ale cześć twórców i publiczności ucieka od tego całego blichtru i festiwali molochów na  mniejsze i skromniejsze lub chociaż mniej znane przeglądy. W tym roku z dużym rozmachem odbył się do tej pory raczej lokalny festiwal w Sarajewie. Choć ma już swoje lata i odbywał się nawet w trakcie wojny na Bałkanach nie liczył się aż tak w światowej stawce. Gośćmi tegorocznej edycji festiwalu byli m.in. Angelina Jolie, Judi Dench i Michael Fassbedner, aktor który obecnie bryluje w Wenecji. Reżyser pokazywanego w Sarajewie filmu „Jane Eyre” z udziałem tego ostatniego przyznał, że w dużych festiwalach przeszkadza mu ich masowość. To właśnie małe imprezy dają więcej intymności i możliwości na osobiste spotkania zarówno z innymi twórcami jak i publicznością. Prawdą jest, że wielkie festiwale filmowe stały się już przemysłem podczas gdy te mniejsze wciąż mają więcej artystycznej atmosfery. Inna sprawa jak długo udaje im się taką atmosferę utrzymać. Niezależny z założenia Sundance to dziś prawdziwe filmowe targowisko.

Tak duża ilość festiwali to także co raz większa konkurencja między nimi. Każdy chce pierwszy pokazać najbardziej oczekiwanie produkcje. Podczas gdy media zastanawiają się kto ma więcej Oscarowych kandydatów: kończąca się na dniach Wenecja czy rozpoczynające się Toronto, między tymi dwoma poważnie namieszał Telluride Film Festiwal. Ten trwający zaledwie 3 dni festiwal odbywający się już po raz 38 w małym miasteczku w górach Colorado zdążył zdobyć renomę. Świadczy o tym chociażby fakt  tegorocznego gościa głównego: George’a Clooneya, który przybył tam prosto z Wenecji właśnie. Podczas gdy we Włoszech Clooney przemierzał w gustownym garniturze czerwony dywan, w Telluride spotkać go można było luźnie ubranego i spokojnie przechadzającego się uliczkami miasta. Aktor odebrał na festiwalu nagrodę za całokształt i promował swój najnowszy film „The Descendants”. Oprócz niego gośćmi festiwalu byli między innymi Agnieszka Holland, Glenn Close, Tilda Swinton  i Jennifer Garner. Okazało się, że ten znany tylko w niektórych kręgach festiwal popsuł niespodzianki kanadyjskiego kolegi. Otóż filmy pokazywane premierowo w Wenecji miały mieć swoją Amerykańską premierę w Toronto. Tymczasem pomiędzy dwóch gigantów wpasowało się Tulluride, które pokazało hity trzymane na kanadyjski festiwal: „Niebezpieczna metoda” i „Shame” a także „Albert Nobbs” z Glenn Close w roli mężczyzny, „Butter”, wspomniane „The Descendants” i polskie „W ciemności” -  wszystkie zapowiadane w Toronto jako światowe premiery. Mały festiwal skradł swojemu większemu bratu najlepsze kąski.

Jak widać  konkurencja wśród festwiali jest co raz ostrzejsza ale to dla nas widzów tylko i wyłącznie dobra wiadomość. Fani Telluride Film Festiwal mówią: "Toronto is about the deal, Tulluride is about the film" i coś w tym chyba jest. Ja również z coraz większym zaciekawieniem obserwuję takie właśnie niszowe imprezy z klimatem.

Ciekawa premiera z Telluride:




„The Descendants”, reż. Alexander Payne, USA 2011

Wszyscy kochamy George’a Clooneya. Nie da się inaczej bo to świetny aktor, niezły reżyser i po prostu fajny gość. Mam jednak wrażenie, że jako aktor wpadł w pułapkę jednej stale powtarzającej się roli. Albo wciąż wybiera takie same scenariusze albo wciąż gra tak samo. Niby na dobrym poziomie ale wieje nudą. Wydaje mi się, że w „The Descendants” udało mu się wyjść w końcu poza ten szablon. W każdym razie trailer zapowiada ciekawą produkcję. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...