29.09.2011

Jeśli nie my to kto?



"Jeśli nie my to kto?" reż. Andres Veiel, Niemcy 2011

Na ekrany wybranych kin w Polsce wchodzi właśnie niemiecki film "Jeśli nie my to kto?". Miałam okazję oglądać go w lutym na festiwalu filmowym w Berlinie o czym pisałam TU.

Zwróćcie uwagę na głównego aktora Augusta Diehla, który jest dowodem na to, że można robić karierę w Europie i grać w amerykańskich produkcjach. Zawsze się cieszę kiedy europejczycy przełamują granice swoim talentem. Diehla możecie kojarzyć z takich filmów jak "Salt" gdzie grał męża Angeliny Jolie czy "Bękarty wojny" a także z polskich "Lekcji Pana Kuki" czy niemieckich przebojów: "Fałszerze", "Kobieta w Berlinie" i ekranizacji powieści Thomasa Manna "Buddenbrokowie. Dzieje upadku rodziny". Ja widziałam go w większości tych filmów i uważam za ten typ aktora, który nawet w małej roli zapada w pamięć. Tutaj towarzyszy mu inny niemiecki gwiazdor: Alexander Fehling, który również wystąpił w "Bękartach Wojny" w tej samej, słynnej scenie w karczmie, a wcześniej zagrał samego Goethego. 

"Jeśli nie my to kto?" i ogólnie niemieckie kino budzą we mnie pewną zazdrość: Niemcy potrafią robić filmy o swojej historii. 

22.09.2011

Skóra, w której żyję

Kolejny po Allenie film z serii „must see”, który mnie nie do końca przekonuje. Wiem też, że nie to ma większego znaczenia bowiem same nazwiska reżyserów oraz nachalna kampania reklamowa zapewniają już z góry frekwencyjny sukces. 


Pedro Almodovar ma w Europie status mega gwiazdy. Jest uznawany za reżyserskiego geniusza i wizjonera. Na jego filmy się czeka i chodzi bez konieczności specjalnych zachęceń, właściwie z zasady. Almodovar to marka.


I rzeczywiście kunszt reżyserski Pedro budzić może jedynie podziw. To jak jest perfekcyjny w tworzeniu swoich filmowych światów jest wręcz porażające. Cokolwiek by nie mówić o samej fabule „Skóry, w której żyję”, ten film jest dla widza prawdziwą estetyczną i wizualną ucztą. Ogląda się go z wielką przyjemnością i wręcz zachłannie zjada oczami piękno występujące tu pod każdą postacią. Almodovar serwuje cudowne kadry, niesamowite krajobrazy, modnie urządzone wnętrza oraz wręcz absurdalnie śliczne twarze aktorów. Eleganckie stroje zaprojektował sam Jean Paul Gaultier a przejmujące filmowe piosenki wykonuje Concha Buika – uznana hiszpańska śpiewaczka i kompozytorka. Almodovar dba o szczegóły w każdym wymiarze swojego dzieła. Nie sposób jest nie dać się uwieść przez tak piękny świat.

W całym tym perfekcjonizmie brakuje mi jednak rzeczy równie ważnej co wizualna strona filmu: emocji. „Skóra, w której żyję” niby wciąga, ale tylko na pewnym poziomie. Almodovar nie zachodzi za skórę, zatrzymuje się na pewnym etapie jakby stawiał przed widzem barierę. Nawet jeśli efekt ten jest zamierzony i wynika z zasad gatunku, po który reżyser sięgnął po raz pierwszy, czyli thrillera, mnie nie przekonuje. Chłód bijący z ekranu nie pozwala tego filmu przeżyć a jedynie wytrawnie skonsumować.

Mimo to, „Skóra, w której żyję” jest na pewno dowodem na to, że wielki reżyser wciąż ma się dobrze i nie obniża sobie poprzeczki. Mistrz to jednak mistrz :) Dużym plusem jest też rola Antonio Banderasa, który dostał coś czego Hollywood mu nie oferuje: możliwość pokazania prawdziwego talentu aktorskiego, który niewątpliwie posiada a którego nie da się przekazać w produkcjach typu „Zorro”...

16.09.2011

Filmy, które polecam - "Klasa"

"Klasa" reż. Laurent Cantent, Francja 2008 

W zeszłym roku na antenie Canal+ udało mi się obejrzeć laureata festiwalu w Cannes z 2008 roku – „Klasę”. Od tej pory darzę jeszcze większym szacunkiem Seana Penna, który jest jednym z najwyżej przeze mnie cenionych aktorów. Tym razem nie chodzi jednak o jego rolę, a o odważną decyzję przewodniczącego jury, którym Penn był w 2008 roku i przyznanie Złotej Palmy wspomnianej „Klasie” właśnie. Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że twórcy zasiadając w jury. nagradzają dzieła całkiem inne od tych, które sami tworzą. Penn nagrodził bowiem film zupełnie niekomercyjny, skromny, wręcz pół-amatorski. I ja mu tego nigdy nie zapomnę :) 

„Klasa” jest w mojej ocenie filmem wybitnym. Ten film wstrząsnął mną jak mało który i nie mogłam przestać o nim myśleć jeszcze przez wiele, wiele dni. Pamiętam, że oglądałam go z szeroko otwartymi oczami, zapartym tchem i w maksymalnym skupieniu. (Kochani, komuś kto ogląda dużo filmów to naprawdę nie zdarza się często ;))

Fascynująca jest już sama historia powstania „Klasy”. Otóż współscenarzystą i głównym aktorem jest debiutujący w tych rolach nauczyciel François Bégaudeau. Francois w 2009 roku napisał książkę „Entre les mures” opisującą jego pedagogiczne doświadczenia, która stała się kanwą scenariusza. Niewiele znam filmów fabularnych, które są jednocześnie tak na wskroś dokumentalne. W przypadku „Klasy” scenariusz jest sprawą kluczową, bowiem akcja filmu dzieje się właściwie w jednym miejscu i opiera głównie na dialogach.

Pomysł jest więc prosty i dobrze znany. Oglądamy perypetie nauczyciela, któremu przyszło pracować z niezbyt łatwą młodzieżą. „Klasa” nie ma w sobie jednak nic ze stylu przewidywalnych i mało odkrywczych „Młodych gniewnych” czy innych tego typu produkcji.

Klasowa społeczność jest kluczem do zrozumienia współczesnej Europy. Między murami (tak brzmi z resztą tytuł filmu w oryginale) kłębią się wszystkie problemy, konflikty, postawy mieszkańców naszego kontynentu: kwestie rasowe, klasowe, ekonomiczne, kulturowe, religijne. Wszystko to co może ludzi poróżnić jest codziennym elementem życia tej przeciętnej przecież klasy. A do szkoły mimo wszystko trzeba chodzić. Trzeba codziennie na nowo te przeciwieństwa pokonywać, albo uczyć się z nimi żyć.

Wielką siłą tego filmu jest postać nauczyciela, któremu daleko do ideału. Francois nie jest niczyim wybawcą, nie ratuje dzieciakom życia, nie zmienia ich. W zasadzie nie mamy pewności czy jego praca w ogóle ma sens. Widzimy jego wielkie i słabe momenty, jesteśmy świadkami scen kiedy z dużą cierpliwością stara się dotrzeć do swoich uczniów oraz chwil gdy puszczają mu nerwy. Mieszają się w nim pasja ze zrezygnowaniem, zapał z poczuciem porażki. Targają nim pytania i wątpliwości. A na koniec nie przychodzi żadna nagroda. Jego praca to codzienna walka z systemem, swoimi możliwościami, słabościami oraz z samymi uczniami.

Także uczniów nie da zaszufladkować. To nie jest prosty podział na złych i dobrych. W każdej bójce, każdej ich aroganckiej odzywce, każdym buncie jest ziarenko sensu, jakiś głębszy słuszny powód.

Rozmowy nauczyciel – uczeń to jedne z bardziej inteligentnych, a przy tym prawdziwych dialogów filmowych. Wymiana zdań jest ostra, szybka i celna. Strony mają swoje racje a widz nikomu na stałe nie przypisuje sympatii. Duża w tym zasługa tego, że w tym filmie chyba w ogóle nie ma profesjonalnych aktorów, dzieciaki grające w „Klasie” są zwykłymi gimnazjalistami. Polecam ten film zwłaszcza frankofilom – to uczta słyszeć tak prawdziwy francuski język w kinie. 

Być może wynika to z moich upodobań do społecznych tematów, ale „Klasa” jest moim prywatnym 9/10

Ciekawą okazją by obejrzeć ten film na dużym ekranie jest projekt Kina.Lab i Kinoterapii: „Komuniacja z happy endem”. Szczegóły TU

14.09.2011

Deauville American Film Festival



I znowu o festiwalu :) Wiecie, że we francuskiej Normandii już po raz 37 odbył się festiwal filmów amerykańskich? Amerykanie na tydzień podbijają swoimi produkcjami filmowymi słynny wypoczynek na północnym wybrzeżu Francji: Deauville. Od momentu powstania w 1975 roku, Deauville American Film Festival ma na celu ukazanie różnorodności  amerykańskiego kina, czy to hollywoodzkich filmów czy niezależnych produkcji. Festiwal poszukuje też i nagradza nowe talenty. Jest to wydarzenie otwarte dla wszystkich – i profesjonalistów i pasjonatów kina.

Tegoroczna edycja festiwalu skończyła się 11 września. Nagrodami „New Hollywood” zostali w tym roku uhonorowani Jessica Chastain i Ryan Gosling. Natomiast główne nagrody otrzymały dwa bardzo ciekawie zapowiadające się filmy:

1. „Detachment” reż. Tony Kaye, USA 2011


Nowe dzieło twórcy „American History X” miało swoją premierę w kwietniu na nowojorskim festiwalu filmowym TRIBECA. Film opowiada o nauczycielu na zastępstwo, który zamiast jak zwykle pozostać obojętny na los szkoły, do której został przydzielony, zaczyna interesować się życiem jej uczniów i nauczycieli. Szczególną uwagę zwraca na uczennicę, która dorabia sobie jako prostytutka.
W głównej roli wystąpił Adrien Brody. I to nazwisko obok nazwiska reżysera powoduje we mnie ogromną ciekawość tego filmu. Plus społeczny temat, który zawsze jest mi bliski.

2. „Take Shelter” reż. Jeff  Nichols, USA 2011



Film miał swą premierę w styczniu na Sundance Film Festival. Mąż i ojciec chce ochronić rodzinę przed zbliżającym się tornado. Zaczyna budować schron na ogródku, robi zapasy żywności. Problem jest w tym, że jedynie on widzi zbliżającą się katastrofę. Jest więc szaleńcem czy wyjątkowym wybrańcem?
Tu  z kolei chcę zwrócić Waszą uwagę na głównego aktora: Michaela Shannona. Moim zdaniem to wielki talent, aktor zapadający w pamięć. Jeśli oglądaliście „Drogę do szczęścia” („Revolutionary road”) z Kate Winslet i Leonardo DiCaprio, na pewno zwróciliście uwagę na postać graną przez Shannona. Grał on zresztą coś bardzo podobnego co teraz w „Take Shelter”: wariata, albo raczej osobę, która wychodzi poza konwenanse i jako jedyna mówi naprawdę to co myśli. Ten drugoplanowy epizod bardzo wrył mi się w pamięć i od tej pory śledzę karierę tego aktora. Myślę, że jeszcze wiele wielkich ról przed nim.   

13.09.2011

Z tobą i przeciw tobie

"Contre toi" reż. Lola Doillon, Francja 2010 

Bardzo kameralny film, właściwie stworzony na wzór teatralnego dramatu na dwa głosy i jedną przestrzeń. W takich warunkach liczą się dwie rzeczy: dobre aktorstwo oraz jeszcze lepszy scenariusz. Tu nic nie umknie uwadze widza bo nic go nie odciągnie od historii. W przypadku „Z tobą i przeciw Tobie” (w oryginale „Contre toi” czyli po prostu: Przeciw tobie) film trochę szwankuje w obu tych kwestiach. Mamy świetną jak zawsze Kristin Scott Thomas, która zawłaszcza dla siebie każdą scenę i mogącego jedynie jej towarzyszyć młodego, przystojnego Pio Marmaï. Mamy też fabułę, która momentami uwodzi, czasem zawodzi. 

09.09.2011

Telluride Film Festiwal



Dużo piszę o festiwalach ale to dlatego, że jest ich co raz więcej, zyskują coraz szersze grono widzów a ich znaczenie dla całego filmowego przemysłu rośnie. Wspominam o festiwalach też dlatego bo sama chciałabym je wszystkie kiedyś odwiedzić J

Jeśli by pokusić się o wyłapanie jakiegoś trendu w całej festiwalowej machinie, to moim zdaniem na znaczeniu zyskują małe i kameralne imprezy. Wiadomo, że rządzą Cannes, Wenecja i Berlin, zaraz po nich są Toronto, San Sebastian czy nowojorska Tribeca. Ale cześć twórców i publiczności ucieka od tego całego blichtru i festiwali molochów na  mniejsze i skromniejsze lub chociaż mniej znane przeglądy. W tym roku z dużym rozmachem odbył się do tej pory raczej lokalny festiwal w Sarajewie. Choć ma już swoje lata i odbywał się nawet w trakcie wojny na Bałkanach nie liczył się aż tak w światowej stawce. Gośćmi tegorocznej edycji festiwalu byli m.in. Angelina Jolie, Judi Dench i Michael Fassbedner, aktor który obecnie bryluje w Wenecji. Reżyser pokazywanego w Sarajewie filmu „Jane Eyre” z udziałem tego ostatniego przyznał, że w dużych festiwalach przeszkadza mu ich masowość. To właśnie małe imprezy dają więcej intymności i możliwości na osobiste spotkania zarówno z innymi twórcami jak i publicznością. Prawdą jest, że wielkie festiwale filmowe stały się już przemysłem podczas gdy te mniejsze wciąż mają więcej artystycznej atmosfery. Inna sprawa jak długo udaje im się taką atmosferę utrzymać. Niezależny z założenia Sundance to dziś prawdziwe filmowe targowisko.

Tak duża ilość festiwali to także co raz większa konkurencja między nimi. Każdy chce pierwszy pokazać najbardziej oczekiwanie produkcje. Podczas gdy media zastanawiają się kto ma więcej Oscarowych kandydatów: kończąca się na dniach Wenecja czy rozpoczynające się Toronto, między tymi dwoma poważnie namieszał Telluride Film Festiwal. Ten trwający zaledwie 3 dni festiwal odbywający się już po raz 38 w małym miasteczku w górach Colorado zdążył zdobyć renomę. Świadczy o tym chociażby fakt  tegorocznego gościa głównego: George’a Clooneya, który przybył tam prosto z Wenecji właśnie. Podczas gdy we Włoszech Clooney przemierzał w gustownym garniturze czerwony dywan, w Telluride spotkać go można było luźnie ubranego i spokojnie przechadzającego się uliczkami miasta. Aktor odebrał na festiwalu nagrodę za całokształt i promował swój najnowszy film „The Descendants”. Oprócz niego gośćmi festiwalu byli między innymi Agnieszka Holland, Glenn Close, Tilda Swinton  i Jennifer Garner. Okazało się, że ten znany tylko w niektórych kręgach festiwal popsuł niespodzianki kanadyjskiego kolegi. Otóż filmy pokazywane premierowo w Wenecji miały mieć swoją Amerykańską premierę w Toronto. Tymczasem pomiędzy dwóch gigantów wpasowało się Tulluride, które pokazało hity trzymane na kanadyjski festiwal: „Niebezpieczna metoda” i „Shame” a także „Albert Nobbs” z Glenn Close w roli mężczyzny, „Butter”, wspomniane „The Descendants” i polskie „W ciemności” -  wszystkie zapowiadane w Toronto jako światowe premiery. Mały festiwal skradł swojemu większemu bratu najlepsze kąski.

Jak widać  konkurencja wśród festwiali jest co raz ostrzejsza ale to dla nas widzów tylko i wyłącznie dobra wiadomość. Fani Telluride Film Festiwal mówią: "Toronto is about the deal, Tulluride is about the film" i coś w tym chyba jest. Ja również z coraz większym zaciekawieniem obserwuję takie właśnie niszowe imprezy z klimatem.

Ciekawa premiera z Telluride:




„The Descendants”, reż. Alexander Payne, USA 2011

Wszyscy kochamy George’a Clooneya. Nie da się inaczej bo to świetny aktor, niezły reżyser i po prostu fajny gość. Mam jednak wrażenie, że jako aktor wpadł w pułapkę jednej stale powtarzającej się roli. Albo wciąż wybiera takie same scenariusze albo wciąż gra tak samo. Niby na dobrym poziomie ale wieje nudą. Wydaje mi się, że w „The Descendants” udało mu się wyjść w końcu poza ten szablon. W każdym razie trailer zapowiada ciekawą produkcję. 

07.09.2011

Festiwal Filmowy w Wenecji



W tym roku festiwal w Wenecji zakasował konkurencyjne festiwale: nigdzie indziej nie było aż tylu tak oczekiwanych filmów. Organizatorom udało się ściągnąć naprawdę największe i najciekawsze nazwiska kinematografii oraz najgorętsze gwiazdy. Festiwal kończy się już w sobotę a wciąż nie wiadomo, którzy twórcy wyjadą z Wenecji ze Złotymi Lwami. 

Dodatkowym smaczkiem jest równie ciekawy co program konkursu skład jury. Na czele jurorów stanął zwycięzca festiwalu sprzed trzech lat Darren Aronofski. Jestem bardzo, bardzo ciekawa, na który film postawi ten jeden z najoryginalniejszych reżyserów ostatnich lat. W ocenie filmów pomagają mu: wokalista brytyjskiej grupy Talking Heads i kompozytor David Byrne, artystka i reżyserka z Finlandii Eija-Liisa Ahtila, reżyserzy Todd Haynes z USA, Mario Martone z Włoch, Andre Techine z Francji, a także młoda włoska aktorka Alba Rohrwacher. Sama nie wiem co robi na mnie większe wrażenie: program festiwalu czy jego jury! Aronofsky to jeden z moich ulubionych twórców filmowych. Mało kto ma taką wyobraźnie, odwagę i upór w podążaniu własną, autorską drogą jak on. Natomiast Todd Haynes - członek jury, nakręcił jedne z najwyżej przeze mnie ocenianych filmów: „Daleko od nieba” i „I’m not there”, który należy do mojego absolutnego top of the top. Wenecja w tym roku zdecydowanie powaliła kinomanów na kolana!

CIEKAWOSTKA: Po raz pierwszy w historii największe zakłady bukmacherskie przyjmowały zakłady na to kto wygra tegoroczny wenecki festiwal. Przed rozpoczęciem konkursu największe szanse dawano „Niebezpiecznej metodzie” Cronenberga, jednak po projekcji filmu jego szanse zaczęły spadać. W tej chwili bukmacherzy na zwycięzcę typują któryś z brytyjskich filmów: „Shame” bądź „Szpieg”.

A oto weneckie premiery, na które czekam w szczególności:

1. Przede wszystkim „Shame” Steve’a McQueena



Pisałam już o tym filmie przy okazji plakatów. Steve robi kolejny szokujący film, kolejny skupiony na postaci młodego mężczyzny, którego po raz kolejny gra Michael Fassbender. W „Głodzie” z 2008 roku bohater był więźniem dosłownym, we „Wstydzie” będzie niewolnikiem swojego popędu seksualnego. Niestety u nas dopiero w lutym 2012.


2. „Rzeź” Romana Polańskiego



„Polański to reżyser, któremu się nie odmawia” powiedziała w Wenecji gwiazda jego ostatniego filmu Kate Winslet. Nie wiem co bardziej mnie interesuje w tej produkcji: to w jakiej formie jest reżyser, czy to jak będzie się iskrzyć pomiędzy tak charyzmatycznymi aktorami jak Kate Winslet, Jodie Foster, Christoph Walz i John C. Reilly. Tylko wybitny reżyser decyduje się nakręcić film z zaledwie czwórką aktorów, który w całości dzieje w jednym, zamkniętym pomieszczeniu.


3. „Idy marcowe” George’a Clooney'a



Zwracałam uwagę na ten film już przy okazji tematu o plakatach. Otwierał festiwal w Wenecji i zebrał bardzo dobre recenzje. U nas w styczniu 2012

4. „Niebezpieczna metoda” Davida Cronenberga

Pisałam już o tej produkcji TU. W Polsce w październiku 2011.

To moje TOP 4, ale na pewno chętnie obejrzę też wspomnianego „Szpiega", nowe "Wichrowe wzgórza" i  "Dark Horse". 

Więc teraz nic tylko odliczać dni do polskich premier tych filmów ...  

06.09.2011

Janusz Morgenstern 16 listopada 1922 - 6 września 2011

Bardzo smutna wiadomość... Mało kto potrafił tak opowiadać o wielkich dramatach młodych ludzi. 

"Mniejsze zło" reż. Janusz Morgenstern, Polska 2009 


Określeniem „mniejsze zło” zwykliśmy zdejmować z siebie odpowiedzialność i usprawiedliwiać swoje nie do końca właściwe wybory. Taki właśnie tytuł reżyser Janusz Morgenstern nadał luźnej adaptacji powieści Janusza Andermana "Cały czas". 

„Mniejsze zło” to historia Kamila - studenta wchodzącego w dorosłość. Wiemy już z amerykańskich filmów, że jest to moment w życiu często bardzo trudny ale i jednocześnie wdzięczny dla filmowców.  W przypadku filmu Morgensterna dorastanie ma także wyjątkowe tło historyczne – Polskę z początku lat 80.

02.09.2011

Zabawne letnie komedie


Komedia amerykańska przeżywa ostatnio prawdziwy renesans, twórcy tacy jak Judd Apatow (np. "Wpadka") czy autorzy „Kac Vegas” z sukcesem odświeżyli ten gatunek. Okazuje się, że można zrobić film, który jest po prostu zabawny i mówi także jakąś prawdę o ludziach. Oto 3 filmy, które mnie ostatnio nieźle ubawiły nie wprowadzając przy okazji w poczucie zażenowania…

"Kocha lubi szanuje"


Ryan Gosling – to główny powód dla którego trzeba zobaczyć ten film. Aktor znany z ciężkich ról dramatycznych za namową swojego psychologa po raz pierwszy zagrał w czymś znacznie lżejszym, ujawniając publiczności wrodzony talent komediowy. Film nie mógł być porażką jeśli zaangażowali się w niego także Steve Carell, Julianne Moore, Marisa Tomei i Kevin Becon. Historia jest mało odkrywcza, a nawet zerżnięta wprost chociażby z „Hitcha”: Cal - zdradzony i porzucony przez żonę nudziarz trafia pod skrzydła prawdziwego znawcy kobiet i playboya - Jacoba. Znamy to. Ale reżyserzy (tak jest ich dwóch w "KLS") idą utartymi ścieżkami w zupełnie świeży sposób. Trochę za dużo tu ironii, przerysowań i zbiegów okoliczności, ale za to zabawa jest na najwyższym poziomie. Para Carell – Gosling jest dobrana idealnie. Widać, że panowie nawzajem podwyższają sobie poprzeczkę. Mamrotane pod nosem barowe docinki Cala (Steve) czy bezczelne zachowania pewnego siebie Jacoba (Ryan) świetnie ze sobą współgrają. Są naturalni i naprawdę śmieszni. Drugi plan w postaci Julianne Moore, Emmy Stone i małych aktorów dzieci daje im świetne tło. Można zrobić film przyjemny, a przy okazji jednak widza zaskoczyć, rozbawić, ale nie zrobić z niego idioty. Da się J 

"O północy w Paryżu"


Dawno żaden film nie miał tak szerokiej promocji jak „O północy w Paryżu”.  Najbardziej kasowa komedia Allena od lat (tak się u nas reklamuje ten film) rzeczywiście i w Polsce rozbiła bank w pierwszy kinowy  weekend.  Polacy podobnie jak Amerykanami tłumnie poszli do kin. Czy jednak urzekło ich to samo?
Rozumiem sentyment Amerykanów zarówno do tego filmu jaki i samego Paryża. W końcu według nich to najbardziej romantyczne miasto świata, do którego w latach 20 ubiegłego wieku ciągnęli amerykańscy artyści. To tam zamieszkał jeden z najbardziej amerykańskich pisarzy Ernest Hamingway wraz Francisem S. Fitzgeraldem i T.S. Eliotem. Nie dziwię się więc, że rodacy ruszają w wyprawę śladami swoich wieszczów by przekonać się co ich tak urzekło, że jakoby pod prąd fali emigracji z Europy właśnie tam osiedli.  Na tym sentymencie Allen oparł fabułę filmu.
Gil - główny bohater „O północy w Paryżu” też jest amerykańskim pisarzem i również w Paryżu szuka inspiracji wzdychając do wspomnianych lat 20. Allen obsadził w głównej roli Ovena Wilsona, który w zabawny sposób przypomina grą aktorską samego reżysera. Gil w niewyjaśniony sposób przenosi się w czasie i  poznaje swoich literackich bohaterów. Z resztą nie tylko literackich. Wpada w sam środek towarzyskiego życia ówczesnej paryskiej bohemy dzięki czemu widzowie mają niezłą zabawę zgadując kogo jeszcze tam spotka. Lekkość z jaką Allen wplątuje ich wszystkich w swoją historię jest największym atutem „O północy w Paryżu”. Kto lubi humor Allena na pewno po raz kolejny uśmieje się jego trafnych spostrzeżeń i kąśliwych uwag. Film zaliczam do udanych, ale moim zdaniem Allen nie wszedł tu na swoje wyżyny – tego proszę nie oczekiwać.  

"Szefowie wrogowie"


Już z serii Kac Vegas wiadomo, że jak się zbierze trzech kumpli wynikają z tego same głupie pomysły. Zwłaszcza jeśli kolesie są nieudacznikami… Nick, Dale i Kurt chcą zabić znienawidzonych przez siebie szefów, ale z tego jak się za to zabiorą wyniknie katastrofa. Scenariusz nie jest najmocniejszą stroną tej komedii, historia jest przewidywalna i w paru miejscach nie trzyma się kupy. To czym jednak bronią się „Szefowie wrogowie” jest świetne aktorstwo, zwłaszcza postaci drugoplanowych. Ja osobiście obejrzałam ten film z jednego oczywistego powodu: Kevin Spacey. Ten Pan wart jest wydania kasy na film, nawet jeśli pojawia się w zaledwie kilku scenach. Spacey perfekcyjnie zagrał najbardziej zwyrodniałego szefa na świecie, jest podły, chamski i kompletnie pozbawiony głębszych uczuć. Sceny, w których upokarza swojego podwładnego, są najlepszymi momentami w filmie. Reszta psychopatycznych przełożonych to też niezłe ziółka. Collin Farell powinien częściej grać w komediach, tu jako obleśny kokainowiec uwielbiający kung-fu sprawdza się wyśmienicie. Również Jen Aniston zagrała ze swoim wizerunkiem uroczej bohaterki komedii romantycznych. Wykreowana przez nią postać wulgarnej nimfomanki wywołuje śmiech i irytację jednocześnie. Zabawnie wypadł też Jamie Foxx jako płatny zabójca hochsztapler, parodiując role ciemnych twardzieli z podejrzanych barów. Trójka głównych bohaterów z takim drugim planem mogła wypaść jedynie poprawnie. Nie są tak zabawni jak trójka w „Kac Vegas” więc gwiazdorskie tło skradło im film.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...