25.08.2011

Nawet Deszcz

"Tambien la Iluvia" reż. Iciar Bollain, Francja/Hiszpania/Meksyk 2010

„Nawet deszcz” to prawdziwa europejska co-produkcja. Paul Laverty - wieloletni scenarzysta Kena Loacha, tym razem napisał scenariusz dla hiszpańskiej reżyserki Icíar Bollaín. Przeniósł się więc geograficznie, ale wciąż pozostał w dobrze sobie znanej tematyce: szeroko rozumianych problemach społecznych. Świetną muzykę do filmu stworzył Albert Iglesias – stały kompozytor Almodovara. 

Młody i ambitny reżyser Sebastian po 7 latach starań rozpoczyna w końcu zdjęcia do swojego filmu. Akcja produkcji dzieje się 500 lat temu we właśnie odkrytej i podbitej przez Krzysztofa Kolumba Boliwii. Sebastian swoim filmem chce odrobić zapomnianą lekcję i odbrązowić postać słynnego odkrywcy: Kolumb i jego świta to brutalni najeźdźcy, którzy Indian traktują jedynie jak swoich poddanych. Są też oczywiście przykłady pierwszych wojowników o godność rdzennych mieszkańców w postaci misjonarzy stających w ich obronie. Temat jest wymagający i budzi wiele kontrowersji nawet w samej ekipie filmowej. Sebastianowi towarzyszy przyjaciel oraz producent w jednej osobie – Costa, który równoważy jego idealistyczne podejście i pilnuje na planie spraw finansowych. 

Pomimo drobnych nieporozumień wynikających z różnicy kultur, realizacja filmu idzie znakomicie. Aż do momentu gdy mieszkańcy wywołują „wojnę o wodę”, za którą muszą płacić prywatnym firmom. W mieście panuje bieda, a ceny wody po raz kolejny poszły w górę. Gdy żadna ze stron nie chce ustąpić  sytuacja robi się naprawdę dramatyczna. Wybuchają poważne zamieszki.

Szybko okazuje się, że pomimo upływu 500 lat, konkwista trwa nadal. Kiedyś wyzyskiwani przez konkwistadorów, dziś boliwijscy Indianie stają się ofiarami chciwych polityków i międzynarodowych korporacji. Rozpoczyna się podwójna walka rdzennych mieszkańców Boliwii z najeźdźcami z Zachodu – w filmie i w rzeczywistości. Costa i Sebastian staną przed trudną decyzją, czy są gotowi zrobić film za wszelką cenę, nawet kosztem indiańskich współpracowników i własnych ideałów.

Najlepsze momenty film ma pod sam koniec, dzięki zupełnie nieprzewidywalnemu zwrotowi akcji. To w ostatnich minutach dowiadujemy się kto był tak naprawdę jego głównym bohaterem.

Niestety moralizatorstwo w „Nawet deszcz” jest na sienkiewiczowskim poziome. Przełożenia są byt oczywiste i uproszczone. Od popadnięcia fabuły w totalny banał ratuje ciekawie poprowadzona trzytorowa narracja: film w filmie, film o powstawaniu filmu i to co dzieje się w mieście. Bez tego zabiegu dostalibyśmy zaledwie szkolną opowiastkę. Także dopiero gdy przyjrzymy się sednu sprawy, coś zaczyna chwytać za serce. Tu nie chodzi o walkę o wolność czy pieniądze ale o coś zupełnie przyziemnego i podstawowego: o wodę. Idąc dalej porównaniem do polskich pisarzy: gdyby „Nawet deszcz” trafił pod strzechy mógłby rzeczywiście spełnić swoje społeczne przesłanie. Dla kinomanów będzie jedynie jednym z wielu samograjów o niesprawiedliwościach współczesnego świata. 

Weekendowy Magazyn Filmowy


Znaleźć w polskiej telewizji program o filmach to rzecz nie łatwa. Znaleźć dobry program o filmach jest niemal niemożliwe. A móc oglądać go o jakiejś ludzkiej porze – to się raczej nie zdarza. Czasy takiego np. „Filmidła”, które nadawane było w piątki o 18.00 czy programy na żywo z udziałem krytyków i twórców w najlepszym czasie antenowym już dawno odeszły w zapomnienie. Mnie osobiście bardzo brakuje tego typu propozycji w ramówkach TV. Rozmawia się o polityce, rozmawia się o sporcie, ale o kulturze to już nie.

Jest jednak jeden program, który bardzo lubię oglądać: „Weekendowy Magazyn Filmowy”. Oglądam go oczywiście tylko w Internecie, gdyż w telewizji puszczany jest o chorych godzinach typu 2.00 w nocy… Weekendowy Magazyn Filmowy to ok. 20 minutowe odcinki poświęcone przede wszystkim polskiej kinematografii. Program tworzony jest przez młodych ludzi: studentów i absolwentów szkół filmowych i to się czuje. Jest bardzo fajnie zmontowany, ma super czołówkę i bardzo ciekawe felietony. Porusza się tematy ważne i niesztampowe ale jest w tym zawsze duża lekkość. Po prostu dobrze się to ogląda. Wszystkie dotychczasowe odcinki WMF możecie obejrzeć pod tym linkiem:


3 września program wraca do ramówki TVP1. W tym sezonie ma mieć stałą porę emisji: sobota godz. 14.00, w projekt zaangażował się Tomasz Raczek. Nie wiem jeszcze jak te zmiany wpłyną na formułę programu. Wiem na pewno, że brakować mi będzie dotychczasowej młodej prowadzącej… 

19.08.2011

Filmy z jednego gatunku - legal movie (dramat sądowy) - "Michael Clayton"

Mam słabość do legal movies zwanych u nas trochę niesłusznie dramatami sądowymi. Chodzi bowiem o filmy dziejące się w dużej mierze na sali sądowej, które przeważnie rzeczywiście są dramatami, ale nie jest to koniecznością. 

Moją uwagę zwrócił ostatnio trailer filmu z Chrisem Evansem "Puncture", który już niedługo trafi na ekrany kin w USA. Film opowiada o młodym, dobrze zapowiadającym się prawniku, który jest jednocześnie ... narkomanem. Może być ciekawie: 



"Puncture" reż. Adam i Mark Kassen, USA 2011

Aktualizacja: moja recenzja tego filmu TU 


Prawnik to zresztą bardzo częsty motyw amerykańskich produkcji. Rolę adwokata ma na swoim koncie chyba każdy liczący się aktor w Hollywood. Ja mam kilka swoich ulubionych typów:


1. Brad Pitt w "Uśpionych" 


Jako Michael Sullivan czyli prawnik, który robi wszystko by przegrać swoją sprawę. 

2. Danzel Washington w "Filadelfii"


Jako przebojowy adwokat Joe Miller. Policzcie ile razy w ciągu filmu rozdaje on swoje wizytówki, czasem nawet w bardzo dziwnych sytuacjach :)

3. Ryan Gosling we "Fracture" ("Słaby punkt")


Jako Willy Beachum - młody, błyskotliwy i nonszalancki asystent prokuratora, który myśli, że wie już wszystko. 


Jednak niekwestionowanym królem mojego zestawienia jest Matthew McConaughey aż w trzech rolach prawnika: 

4. Matthew McConaughey w filmie "Czas zabijania"



Jako Jake Tyler Brigance, który podejmuje się obrony czarnoskórego mężczyzny. "Czas zabijania" to film, który jako jeden z bardzo nielicznych widziałam wiele, wiele razy. Warto dodać, że świetną rolę przeciwnika na sali sądewej Matthew zagrał Kevin Spacey.

5. Matthew McConaughey w "Amistad"


Jako Roger Sherman Baldwin - oddany sprawie adwokat toczący bój o wolność grupy  czarnych niewolników. I tu także Matthew miał wspaniałe towarzystwo na sali sądowej: sir Anthony Hopkins i Pete Postlethwaite. 

6. Matthew McConaughey w filmie "Prawnik z Lincolna"


Jako adwokat Mick Heller, który swoją kancelarię prowadzi w ... limuzynie marki Lincoln!


7. Za najlepszy legal movie ostatnich lat uważam "Michaela Claytona" z 2007 roku ze znakomitą tytułową rolą Georga Clooney'a. 



Istnieje amerykańskie kino, które bardzo lubię: dopracowane, surowe, mocne. Takie, któremu brak naiwnego sentymentalizmu, jasnego podziału na białe i czarne, gdzie happy end nie do końca jest happy. Takim filmem okazał się dla mnie „Michael Clayton” Tony’ego Gilroya. Łatwo było go „schrzanić” chociażby przez dodanie miłosnego wątku czy zabawnych scen w myśl zasady „dla każdego coś miłego”. Na szczęście reżyser (debiutujący za kamerą scenarzysta) ustrzegł się tej pokusie i nakręcił kawałek naprawdę dobrego kina.          
                                                                                                              
Gatunek thrillera prawniczego jest już dość wyeksploatowany, pozostając jednocześnie z rodzaju tych szlachetnych, zaangażowanych i mówiących o sprawach niebłahych. Historia opowiedziana w filmie „Michael Clayton” nie jest szczególnie oryginalna: wielka korporacja prawnicza broni jeszcze większej firmy chemicznej, przez działania której zdrowie i życie utraciło wielu ludzi. Do tego cyniczni adwokaci – ci nie przestający myśleć wyłącznie o zyskach i ci, których jednak rusza sumienie. Dlatego siłą napędową tego filmu nie jest sama fabuła, ale postać głównego bohatera, świetnie zagranego przez Georga Clooneya.

Michael Clayton to mężczyzna „po przejściach” - zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Nie ułożyło mu się życie rodzinne: ma synka, ale jest po rozwodzie, aktualnie stara się spłacić długi swojego brata i jednocześnie wspólnika w restauracji, która właśnie upadła. W pracy z jednej strony jest ceniony jako specjalista w swej dziedzinie, a zarazem wyśmiewany, bo i dziedzina jest dość osobliwa. Michael jest jak sam mówi „zamiataczem” – tuszuje brudne sprawy klientów kancelarii, takie jak potrącenie pieszego, czy romans. I choć stał się niezastąpiony, przez 15 lat nie pozwoliło mu to zostać wspólnikiem kancelarii. Do tego dochodzi zamiłowanie do hazardu i ogólny brak szans na pozytywne zmiany. Clayton wydaje się być już przegrany, zgorzkniały i na pewno cyniczny. Okazuje się, że jednak nie do końca. Nie wiadomo co tak naprawdę uchroniło go przez całkowitym upadkiem moralnym, którego niewątpliwie był bliski: wrodzone poczucie przyzwoitości czy może super elokwentne dziecko, dla którego chciałby lepszego świata. W każdym razie Michaela Clayton wysłany zostaje po raz kolejny przez swoich przełożonych na mission impossible. Jeden z partnerów mówiąc najoględniej oszalał, co objawiło się nie tylko publicznym striptizem, ale także przejściem na stronę przeciwnika. Zamiast doprowadzić to sfinalizowania sprawy chemicznego giganta, zaczyna pomagać przeciwnej stronie, czyli poszkodowanym. Kiedy z niewyjaśnionych przyczyn popełnia samobójstwo, Michael postanawia zająć jego miejsce i dalej drążyć sprawę…

Ten film to przede wszystkim świetnie napisane i jeszcze lepiej zagrane postaci. Oprócz Clooneya, który pokazał, że ma naprawdę kawał talentu, zachwycają role drugoplanowe. Niesamowicie naturalny i przekonywający jest rzadko widziany na ekranie Sydney Pollack (była to jego ostatnia rola), a także bezwzględna w swej kreacji Tilda Swinton (Oscar). Wszyscy razem wciągają nas w świat wielkich pieniędzy i niskich pobudek, z którego chcielibyśmy głównego bohatera wyciągnąć. Robi to na szczęście on sam i wcale nie przy dźwięku fanfar, co czyni obraz jeszcze bardziej szlachetnym.

10.08.2011

Plakaty

Lubię oglądać plakaty filmowe. Nawet bardzo lubię J Zwracam uwagę na te zrobione z pomysłem, oryginalne albo po prostu ładne. Poza tym to taki fajny przedsmak filmu, zwłaszcza takiego na który się czeka.
Przebrałam więc plakaty nadchodzących filmów i wybrałam te, które mi się najbardziej spodobały. Znaczna ich cześć zapowiada produkcje, na które ja osobiście bardzo wyczekuje ale jest też parę takich, które zwróciły moją uwagę tak po prostu.  A czy Wam któryś się szczególnie spodobał?

OTO MOJE PROPOZYCJE:

„Ides of march” – genialny plakat: oryginalny, z pomysłem, oddający ducha filmu. Chyba mój ulubiony.



Dlaczego czekam na ten film? „Ides of march” to kolejne reżyserskie dziecko Georga Clooney’a. Podobały mi się jego poprzednie produkcje więc i tym razem oczekuje dobrego kina. Lubię społeczne zacięcie Georga, które i tym razem znajdzie swoje ujście. Clooney robi film o wielkiej polityce i wielkich pokusach z nią związanych. Temat bardzo na czasie. Ale nie oszukujmy się: George Clooney + Ryan Gosling ?!?! Ja muszę to zobaczyć !  

„Shame” – tajemniczy, oszczędny, fascynujący plakat.



Dlaczego czekam na ten film? Michael Fassbender (jak wiadomo główny powód) znowu gra u Steva McQueena. Ich pierwsza wspólna produkcja - „Głód” z 2008 roku - przyniosła reżyserowi nagrodę w Cannes za najlepszy debiut i ogólne uznanie na całym świecie. Ja także byłam pod ogromnym wrażeniem tego filmu i od tej pory śledzę karierę obu panów. Ich nowe przedsięwzięcie zapowiada się równie kontrowersyjnie: Fassbender gra mężczyznę, który nie potrafi zapanować nad swoim życiem erotycznym…

„Margin Call” – prosta grafika a jak wiele mówiąca.



Dlaczego czekam na ten film? Miał swoją premierę na tegorocznym Berlinale, do kin w USA trafi tej jesieni. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie dystrybuowany w Polsce. Fascynująca jest historia powstania tego filmu: zrobiony niemal wyłącznie przez debiutantów a w obsadzie same wielkie nazwiska. Chcecie wiedzieć jak rodzi się globalny kryzys finansowy? „Margin Call” dużo Wam przybliży w tej materii. No i Kevin Spacey !!!  

„Like crazy” – ciepłe, romantyczne, delikatne zdjęcie. Plakat i tytuł filmu są tak oczywiste, że nie trzeba nawet dodawać, że to film o miłości.



Zwycięzca tegorocznego Sundance, do kin w USA wchodzi tej jesieni.

„O północy w Paryżu” – świetne połączenie zdjęcia i grafiki. Można było postawić na jakieś urocze zdjęcie z pięknego Paryża ale na szczęście twórcy nie poszli na łatwiznę. Wyszło artystycznie i ciekawie.



Dlaczego czekam na ten film? A kto nie czeka na nowy film Allena ??? W Polsce już w sierpniu.

„Haywire” – zagadkowy, dość mroczny plakat. Niewyraźna czcionka, niewyraźna postac. Nie wiadomo o co chodzi ale wiadomo, że chcesz się dowiedzieć czegoś więcej. Wciągający.



Dlaczego czekam na ten film? Ewan McGregor i Michael Fassbender to za mało? Reżyser Steven Soderbergh po raz kolejny decyduje się zrobić film dedykowany konkretnej osobie. Po gwiazdce porno – Sashy Grey głównej aktorce „The Girlfriend Experience” zatrudnił Ginę Cirano – mistrzynię walk MMA, wokół której kręci się fabuła „Haywire”. Tym samym Soderbergh wpisał się w nurt filmów akcji z kobietą jako głównym bohaterem. Obsada jest imponująca, premiera w USA planowana na początek 2012 roku.

„Drive” – silnik samochodu pokazany jak serce organizmu. Będzie więc męskie, szybkie kino ale z sercem. Pomysłowa metafora.



Dlaczego czekam na ten film? Jeden z najbardziej ciekawych aktorów młodego pokolenia u jednego z najbardziej interesujących reżyserów młodego pokolenia, czyli Ryan Gosling u Duńczyka Nicolasa Winding Refna. Panowie tak się polubili, że już planują kolejne wspólne projekty. „Drive” miało premierę na tegorocznym Cannes gdzie zdobyło nagrodę za najlepszą reżyserię. Coś mi mówi, że to będzie „Bullitt” naszych czasów. U nas w kinach już na jesień.

„Jane Eyre” – klasyczny w nowoczesny sposób plakat klasycznej powieści. Chłodny, szary, na dystans. Wspaniała gra kolorów, świetny graficznie.



Dlaczego czekam na ten film? Ostatnio pokazywano go na festiwalu w Sarajewie, gdzie na projekcji pojawił się Michael Fassbender i reżyser Cary Fukunaga. Premiera w Polsce podobno na jesień. Pisałam już o nim TU

„Michael” – jeden z najlepszych plakatów jakie widziałam od lat. Tak samo prosty jak prosty jest tytuł filmu. Ale wystarczy przyjrzeć się bliżej by znaleźć szczegóły, które niepokoją. Coś się dzieje na tym plakacie choć pozornie tam nic nie ma. Odchylający się kawałek puzzla psuje obraz ale i pobudza wyobraźnie.



„Michael” pokazywany był w oficjalnej selekcji tegorocznego Cannes. W Polsce zobaczyć go można było na festiwalu Nowe Horyzonty. Austriacki film porusza trudny temat pedofilii.

„Love and Other Impossible Pursuits” – zdjęcie w formie rysunku. Po prostu bardzo mi się spodobało J



Film miał premierę w 2009 roku ale krytyka zwróciła na niego uwagę dopiero rok później gdy Natalie Portman zdobyła nominację do Oscara za „Czarnego łabędzia”. U nas wyszedł na DVD w czerwcu tego roku pod tytułem „Miłość i inne komplikacje”. Kolejna dojrzała rola Natalie, która gra kobietę tracącą swoje dziecko. 

09.08.2011

Transatlantyk



W Polsce powstał kolejny ciekawy festiwal, tym razem zaprasza Poznań. Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki odbywa się po raz pierwszy ale myślę, że ma duże szanse powodzenia. Twórcą i Dyrektorem Festiwalu jest Jan A.P. Kaczmarek a program jest imponujący.

Na Transatlantyku pokazany zostanie m.im. film "Elitarni 2", który miał premierę na tegorocznym Berlinale i o którym pisałam TU

08.08.2011

Film w TV – „Greenberg” w Canal+

Loser jako nowy typ bohatera: "Greenberg" reż. Noah Baumbach USA 2011

W amerykańskim kinie pojawił się nowy nurt filmów „coming of age”. Podczas gdy klasyczne przykłady tego gatunku opowiadały o wchodzeniu w dorosłość czyli przedstawiały perypetie dwudziestolatków, nowe filmy znacznie przesunęły granicę wieku. I tak bohater „Greenberga” ma lat 40 i wciąż szuka swojego celu w życiu.

„Greenberg”, choć ma w obsadzie czołowego komika Hollywood (Ben Stiller) i dużo elementów czarnej komedii, jest w zasadzie filmem dość przygnębiającym. Pełno tu ludzi słabych, zagubionych, nie umiejących się porozumieć. Główny bohater to aspołeczny dziwak: jest niemiły, gburowaty, non stop wysyła różnym instytucjom listy wyrażające jego niezadowolenie. Nie potrafi nawiązać normalnej relacji z ludźmi, odtrąca tych, którzy mimo wszystko mają wobec niego szczere intencje. Jest nieudacznikiem z dużymi brakami emocjonalnej inteligencji, którego motto brzmi: „szkoda życia dla ludzi”. 

Pytanie czy to są syndromy choroby cywilizacyjnej czy tylko jednostkowe przypadki? Faktem jednak jest, że kino coraz częściej sięga po takich właśnie bohaterów. Czy jesteśmy cywilizacją słabych ludzi? Czy życie nas przerasta? A może chodzi tylko o prawo do smutku?   

Obejrzyjcie "Greenberga" jeśli czasem też czujecie się takimi loserami bez celu. W końcu czasem chyba każdy się tak czuje, prawda? 

Plus za świetny plakat! 

05.08.2011

Kret


"Kret" reż. Rafael Lewandowski, Polska/Francja 2011

„Kret” reklamowany jest jako trzymający w napięciu thriller i jest to moim zdaniem nadużycie. Ani to thriller ani w napięciu nie trzyma tak bardzo. Drugie często powtarzane hasło: „Kret” należy do extraklasy polskiego kina trąci megalomanią i niepotrzebnie rozbudza wielkie nadzieje.  

„Kret” porusza ciekawy i bardzo aktualny temat agentów, SB i teczek. Mało twórców odważa się po niego sięgać choć wg mnie jest bardzo filmowy i może służyć za kanwę świetnych, skomplikowanych historii.  Zabrał się za niego debiutant Rafael Lewandowski – francuski filmowiec polskiego pochodzenia. Cóż, czasem potrzeba kogoś z zewnątrz kto umie z dystansem spojrzeć na bolesne i nierozwiązane konflikty.

Paweł wraz z ojcem Zygmuntem prowadzi interes: raz w tygodniu przywożą z Francji towar: worki używanej odzieży, które dostarczają okolicznym szmateksom. Dlaczego akurat z Francji? Bo tam mieszka część wyemigrowanej w czasach PRL rodziny. Biznes idzie całkiem nieźle. Ojciec i syn spędzają ze sobą dużo czasu co wbrew pozorom wcale nie wychodzi im na złe. Są bardzo ze sobą związani, rozumieją się i świetnie dogadują. Lewandowski pięknie sportretował coś rzadko spotykanego w kinie: prawdziwie ciepłą, zdrową relacje ojciec syn. Widać tu czułość, troskę i pełne wsparcie po obu stronach. To co wydaje się wręcz idealne, idealne jednak nie jest. A przynajmniej nie do końca.

Zygmunt jest emerytowanym górnikiem. Za komuny czynnie uczestniczył w strajkach robotniczych. Ba! był wręcz ich inicjatorem i nieformalnym przywódcą. Za wywrotową działalność został internowany i 2 lata spędził w więzieniu. Jednym słowem: bohater. Pewnego dnia ktoś podważa jego solidarnościową przeszłość i oskarża o bycie agentem SB. Media szybko podłapują temat, wybucha skandal. Sytuacja jest tym bardziej nieprzyjemna gdyż w tym samym czasie rusza proces przeciwko pacyfikatorom strajku, któremu przewodził Zygmunt. W wyniku wydarzeń zginęło 7 robotników, wśród ofiar był ojciec Ewy – żony Pawła.

Paweł do sprawy podchodzi spokojnie i chce bronić dobrego imienia ojca. Do tej pory syn przyjmował w ciemno wersję wydarzeń Zygmunta. Teraz by zrozumieć całą sytuacje próbuje dowiedzieć się czy są jakiekolwiek podstawy do wysnutych zarzutów. Rozmowa z ojcem nie jest łatwa.

Wbrew pozorom „Kret” nie jest filmem o lustracji. To raczej uniwersalna opowieść o winie, trudnych wyborach, postawach. Lewandowski postawił na wywarzenie historii, którą opowiada: nie popada w dramatyzm ani w łatwe osądy. Ale czy słusznie? Dlaczego kino boi się postawić zdrajcę pod murem i w żaden sposób go nie usprawiedliwiać? Brakowało mi tego w „Krecie”: pazura, odwagi, zdecydowania. Tymczasem wyszło jak zawsze: trochę miałko.

Widzę jednak jeden duży plus w powstawaniu filmów o lustracji, uświadamiają one, że spór o teczki to nie jest tylko jakiś polityczny bój na górze. To są historie ludzi, którzy żyją wokół nas, ludzi którzy często nie zapłacili za krzywdy, które wyrządzili, a czasem wręcz korzystali z nieprzysługujących im gloryfikacji. O tym też mówi „Kret”: przeszłość nas dogoni, czas nie ma znaczenia.

Dobre słowa należą się Borysowi Szycowi i Panu Dziedzięlowi. Za pokazanie wiarygodnej więzi ojciec – syn i za solidne aktorstwo. Gdy słucha się ich dialogów nie więdną uszy, gdy patrzy się na nich czuje się te postaci. Za to brawa. I za zdjęcia. Kto by pomyślał, że miasto Bielsko Biała może być takie filmowe…

Mały PS. na koniec. Oprócz trailerów (zwiastunów jak kto woli) bardzo lubię oglądać również plakaty filmowe (niedługo pokaże Wam kilka). Niestety polskie filmy erę posterów z pomysłem mają już za sobą. W przypadku „Kreta” plakat wydaje się być całkiem niezły, choć gdy przyrówna się go do amerykańskich standardów wieje nudą i sztampą. Mnie zadziwia jeszcze coś – w żadnej ze scen, grany przez Borysa Szyca bohater nie jest ubrany w garnitur. Nie rozumiem więc skąd taki strój na plakacie…


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...