29.07.2011

Kret - zwiastun



Do kin zaczynają wchodzić filmy z ostatniego, odnowionego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na pierwszy ogień idzie "Kret" z nagrodą za najlepszą rolę drugoplanową. Marian Dziędziel zasłużenie stał się gwiazdą polskiego kina, lepiej późno niż wcale :) Ja już we wtorek przekonam się jak wypadł ten międzypokoleniowy duet bowiem Panu Marianowi partneruje Borys Szyc. A film wchodzi na ekrany dokładnie za tydzień. 

21.07.2011

Nieznajomi

"Nieznajomi" (The Strangers) reż. Bryan Bertino, USA 2008 

Nie jestem znawczynią, ani miłośniczką horrorów, ale lubię jak jest trochę straszno, jest zagadka, tajemnica i wielkie napięcie. Nie straszą mnie odcinane ręce i dziwaczne stwory, najbardziej boję się gdy historia jest bardzo prawdopodobna, realna i mogła zdarzyć się naprawdę. Wtedy to się boję bardzo! 

Nieznajomi, obcy, oni – nieproszeni goście w naszym domu. Wywołują strach u wielu ludzi, czego dowodem są wiszące niemal na każdym płocie tabliczki firm ochroniarskich. Boimy się, że ktoś – mówiąc delikatnie niepożądany - znajdzie się w naszych czterech ścianach. Wokół tego lęku zbudowana została fabuła horroru „Nieznajomi”.

15.07.2011

Debiutanci


Tak jak obiecywałam TU, piszę coś więcej o "Debiutantach", którzy dziś wchodzą do kin. W wakacje rzadko jest coś dobrego na ekranach więc tym bardziej zwróćcie uwagę na ten film.

Mike Mills należy do grona tych niezależnych twórców, którzy naprawdę potrafią opowiadać historie. W „Debiutantach” on także jest debiutantem – to zaledwie jego drugi pełnometrażowy film, w 2005 roku swoją „Rodzinką” oczarował widzów Sundance i Berlinale. Oba filmy utrzymane są w podobnym klimacie, który ja osobiście bardzo lubię. Akcja toczy się spokojnie, po cichutku. Bohaterowie są bardzo zwyczajni. Nie ma żadnych fajerwerków.

Siłą historii opowiedzianej przez Millsa jest jej prostota i niezwykłość jednocześnie. Zwykli ludzie, zwykłe życie, a jednak wydarza się coś co sprawia, że to życie całkowicie się odmienia. Koniec to najlepszy początek - powiedział kiedyś ktoś i w „Debiutantach” ta maksyma się sprawdza. Oliwier (Ewan McGregor) dowiaduje się, że jego ojciec jest gejem. Przyznaje mu się do tego w wieku 75 lat, dopiero po śmierci żony. Coming out ojca jest dla Oliwiera szokiem, nie tyle ze względu na samo przesłanie wiadomości a bardziej na rozmach z jakim to się dzieje. Hal – świetnie zagrany przez wciąż bardzo żywotnego Christophera Plummera, nie przejmuje się wcale swoim podeszłym wiekiem i postanawia korzystać w końcu z życia i wolności. Jego aktywność budzi szczery podziw: zapisuje się do wszystkich możliwych organizacji gejowskich, odbywa tournee po nocnych klubach i znajduje sobie młodego chłopaka. Proszę sobie teraz wyobrazić, że akurat ta część filmu nie jest fantazją a opiera się na osobistych przeżyciach reżysera.

Kolejny wątek wiąże się już ściśle z życiem Oliwiera. Hal oprócz homoseksualizmu wyjawił synowi, że ma raka w stadium nie do leczenia. Gdy umiera, Oliwier popada w otępienie. Jego jednym przyjacielem staje się odziedziczony po ojcu pies o imieniu Artur (Artur w pełni zasłużył by być na plakacie filmu, kradnie każdą scenę, w której się pojawia). Przyjaciele z pracy nie mogąc patrzeć na przygnębienie Oliwiera, zabierają go któregoś dnia na imprezę. I tu moja mała dygresja: w filmach o miłości jedną z najważniejszych kwestii jest sposób poznania się bohaterów. Jest taka scena w „Bulwarze Zachodzącego słońca” Billego Wildera, gdy główna postać pisząc scenariusz do komedii romantycznej wymyśla zawiłe okoliczności zapoznania się dwójki swoich bohaterów. Wilder lubił tzw. „cute meetings”, napisał więc, że choć dzielą wspólny pokój nie znają się, bo ona wynajmuje go na dzień a o na noc. Przez pewien czas się mijają aż w końcu przypadkiem wpadają na siebie. Zgadzam się z Wilderem, że wymyślenie uroczego spotkania to jeden z ważniejszych elementów dobrej komedii romantycznej. W „Debiutantach” Mike Mills łączy swoją dwójke na imprezie: Oliwier poznaje Annę, z którą spędza całą noc świetnie się bawiąc. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dziewczyna nie wypowiada przez ten czas ani jednego słowa! Nie będę zdradzać dlaczego choć powód jest bardzo prozaiczny, ale przyznać muszę, że fajnie mu to wyszło. Nie wspominając już o kluczowej roli psa w całej akcji podrywania Anny… 

Mamy więc w filmie wiele końców i wiele początków. Jest i rozliczanie się z życiem i podejmowanie decyzji by z odwagą w końcu w pełni z niego korzystać. Radość zostaje przerwana przez śmierć a żałobę kończy nowe uczucie. Co chwila trzeba debiutować w nowej roli.

Cenię bardzo Ewana McGregora za jego wszechstronność. Gra zarówno w kasowych superprodukcjach, u najlepszych reżyserów jak i w niezależnych, skromnych filmach. Przez lata udało mu się osiągnąć pozycję aktora - everymana, który potrafi zagrać wszystko. Ja osobiście najbardziej go lubię w postaciach szarych ludzi, takich właśnie jak jego bohater z „Debiutantów”. Zagubiony ale szczery, chcący kochać ale nie wiedzący jak. Partnerująca mu francuska aktorka, znana z „Bękartów wojny” i „Nieba nad Paryżem” Melanie Laurent gra bardzo świeżo i naturalnie.

Będę obserwować karierę Mika Millsa bo bardzo mi odpowiada sposób w jaki robi filmy. W „Debiutantach” pokazał jak pełnym jest twórcą, oprócz scenariusza i reżyserii spod jego ręki wyszły też grafiki, które zawodowo tworzy główny bohater. Mills jest autorem teledysków i okładek płyt zespołów muzycznych takich jak np. Air, Beasty Boys i w jego filmie pełno jest dyskretnych odwołań do popkultury. Wspomnieć muszę o polskim akcencie jakim jest plakat Andrzeja Krajewskiego do filmu "Siedem razy kobieta" z Shirley MacLaine, który jest bardzo widoczny w salonie Oliwiera. Poza tym jest też świetny wątek artystyczno-aktywistyczny w postaci malowania na murach miasta haseł w stylu „w 2003 roku Britney Spears najczęściej googlowaną osobą”.



Choć w „Debiutantach” jest  dużo smutku i melancholii, wszystko podane jest z życiowym humorem. Bardzo przyjemny, ciepły film. 

12.07.2011

Cztery noce z Anną

Wczoraj zakończył się Festiwal Filmowy w Paryżu. Przy okazji tego wydarzenia po raz pierwszy we Francji odbył się przegląd filmów Jerzego Skolimowskiego. Aż dziw, że stało się to dopiero teraz skoro już w latach 60 wielki Jean-Luc Godard pocieszał polskiego reżysera słowami "nie martw się, nie słuchaj ich (krytyków) i tak ja i ty jesteśmy najlepszymi filmowcami na świecie..."

Cieszę się, że Pan Skolimowski znowu stał się naszym rozchwytywanym towarem eksportowym. Ja odkryłam go dość późno bo dopiero przy okazji jego powrotu po 17 latach (!) z filmem "4 noce z Anną", który bardzo Wam polecam. 



"Cztery noce z Anną", reż. Jerzy Skolimowski, 2008

Jerzy Skolimowski to prawdziwy człowiek renesansu: pisze poezję, scenariusze, maluje obrazy, reżyseruje. Gdy rozpoczynał przygodę filmowca, mniej więcej w tym samym czasie co Roman Polański, był obok niego uważany za największą nadzieję polskiego kina. Mimo ogromnej wszechstronności i oryginalności, kariera Skolimowskiego toczyła się różnie. 

„Cztery noce z Anną” to film wyjątkowo polski a zarazem niezwykle uniwersalny. Polski – ponieważ akcja dzieje się w typowym, małym, robotniczym miasteczku (wzorcowy przykładzie tzw. Polski B). Uniwersalny, gdyż mówi o uczuciach bliskich każdemu człowiekowi. Skolimowskiego do powrotu do kina zainspirowała krótka notka w prasie. Reżyser przeczytał w niej o mieszkance Korei nachodzonej podczas snu przez wielbiciela. W filmie niczego nieświadomą kobietą odwiedzaną w nocy jest tytułowa Anna, pielęgniarka grana przez Kingę Preis. Osobliwym adoratorem zaś – Leon, pracownik szpitalnej spalarni (w tej roli Artur Steranko). Anna fascynuje Leona, ale mężczyzna nie umie się do niej zbliżyć: wymyśla więc sposób na to, by choć przez chwilę przy niej pobyć. Dosypuje kobiecie do cukru środka nasennego i co wieczór zakrada się do mieszkania pielęgniarki. Wbrew pozorom wizyty Leona nie mają złego charakteru, ograniczają się do sprzątania domu wybranki, przynoszenia kwiatów na urodziny czy dokończenia jej pedicure.

W „Czterech nocach z Anną” reżyser odkrywa przed nami inny świat. Polskę zaściankową, zapomnianą i zacofaną, miejsce, gdzie pozostałości PRL-u są widoczne bardziej niż oznaki XXI wieku. Nieprzyjemny klimat potęgują ciemne zdjęcia Adama Sikory. Zmieniają się tylko odcienie tego mroku, bowiem i scenografia utrzymana została w szarej tonacji. W tej obskurnej scenerii tym bardziej zaskakuje dobroć głównego bohatera. Mimo niezdarności i w pewnym sensie upośledzenia emocjonalnego, emanuje z niego ogromna szczerość i prostolinijność. Leonem kieruje wyłącznie miłość w najszczerszej postaci, jak ta z „Hymnu o miłości”.

Tytułową bohaterkę poznajemy tylko z perspektywy podglądacza. Znamy ją w takim samym stopniu jak Leon, nie wiemy o niej nic więcej. Z tych obserwacji można wysnuć, że Anna to młoda i samotna, ale mimo skrywanej bolesnej tajemnicy, pogodna kobieta. Jest zwyczajna, jednak dla Leona stała się nieosiągalnym marzeniem.

Twórczość Skolimowskiego porównuje się do twórczości Davida Cronenberga i coś w tym porównaniu jest. Amerykański reżyser słynie ze swej fascynacji przemocą, która w jego filmach zawsze kontrastuje z dobrem. W „Czterech nocach z Anną” oglądamy dwie bardzo brutalne sceny. Obie przedstawiają gwałt i w obydwu w pewnym sensie uczestniczy główny bohater. Reżyser zestawił tym samym niecodzienne okrucieństwo z wyjątkową nieskazitelnością postaci Leona. Zastanawiam się, co Skolimowski chciał nam powiedzieć, nie tylko przez te sceny, ale przez cały swój film? Dlaczego piękną historię o miłości opowiedział z tak pesymistycznej perspektywy? Skąd tyle mroku, tyle beznadziei? Dlaczego nawet niebo wiecznie jest szare?

Z odpowiedzią przychodzi „Pierwszy List do Koryntian”: „Miłość cierpliwa jest (…), wszystko przetrzyma”. Pomimo obsesyjnego charakteru uczucia mężczyzny i na przekrój przygnębiającej atmosferze, „Cztery noce z Anną” niezmiernie wzruszają, rozczulają i dają nadzieję. Ten film ma w sobie magię, którą trudno wyjaśnić: po wyjściu z kina wierzy się w miłość. Polecam wszystkim, których ta wiara kiedyś opuściła.




W lepszym świecie


"W lepszym świecie", reż. Susanne Bier, 2010, Dania/Szwecja

Przy całym moim uwielbieniu produkcji z USA staram się być na bieżąco z kinem europejskim. Z różnych powodów: patriotycznych, geograficznych, historycznych. Bez wątpienia kino ze starego kontynentu miało ogromny wpływ na Hollywood, można powiedzieć, że utarło mu nosa. Złota era wytwórni z Miasta Aniołów skończyła się właśnie na skutek wielkiego boomu reżyserów z Europy np. francuskiej nowej fali. Europejczycy udowodnili, że by robić dobre filmy nie trzeba mieć gigantycznych budżetów, dali widzom też coś więcej niż rozrywkę: filmy ambitne, autorskie, poszukujące. Dziś granice nie są już tak widoczne, twórcy mieszają się i przemieszczają tworząc międzykontynentalne produkcje. Wciąż jednak Europa ma problem z dotarciem do szerokiego światowego widza nawet na swoim terenie.

Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na film „W lepszym świecie” duńskiej reżyserki Susanne Bier, który w tym roku otrzymał Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. W 2007 roku Bier już była nominowana w tej samej kategorii za dramat „Tuż po weselu”, jednak wtedy obeszła się smakiem. Innym znanym (głównie za sprawą amerykańskiego remaku) i nagradzanym filmem tej reżyserki są „Bracia” z 2004 roku. Po drodze zdarzyła jej się także jak dotąd jedyna w pełni amerykańska produkcja „Druga szansa” z iście gwiazdorską obsadą: Halle Berry, Benicio Del Tor i David Duchovny. Cieszę się z sukcesu Bier dlatego, że jest Europejką, ale przede wszystkim bo jest kobietą reżyserem, co wciąż należy niestety do rzadkości. Mam jednak wrażenie, że „W lepszym świecie” zrobiła by dopiąć swego tj. otrzymać w końcu upragnioną statuetkę, pokonując tym samym bardzo mocnych konkurentów ze swojej kategorii: mojego absolutnego faworyta „Pogorzelisko” i kontrowersyjnego „Kła”.

11.07.2011

Drzewo życia

"Drzewo życia" - zwycięzca Cannes 2011, reż. Terrence Malick, USA

Nie mogę nie wspomnieć o tym filmie, a jednocześnie nie jest on łatwym materiałem do pisania o nim. „Drzewo życia” to rodzaj filmu, któremu albo widz się całkiem oddaje, albo który totalnie odrzuca. Na moim seansie ludzie wychodzili w trakcie projekcji, a Ci którzy zostali wybuchnęli śmiechem na napisach końcowych.

Nie sposób mówić w tym przypadku o dziele nie odwołując się do jego twórcy. Pierwszą moją myślą po obejrzeniu „Drzewa życia” było, że takiego filmu nie mógł zrobić młody człowiek. Terrence Malick ma prawie 70 lat i kilkanaście filmów na koncie. Jego rozważania nad historią świata wydają się swego rodzaju pojednaniem z nim, słynne „wiem, że nic nie wiem”. Malick przypomina Kieślowskiego, który twierdził, że film nie ma za zadanie znaleźć odpowiedź, ale postawić pytanie.

Reżyser powraca do tematów, które już w swej twórczości poruszał: rodzina i jej wpływ na nasze życie, przedmieścia Ameryki, dzieciństwo. Jak zawsze bardziej od samej historii liczą się u niego emocje, rzeczy mniej uchwytne. Główny bohater będąc już dorosłym człowiekiem nie potrafi uwolnić się od piętna rodziców. Wie, że jest dziwną hybrydą delikatnej i pełnej miłości matki oraz szorstkiego, autorytarnego ojca. Choć widzimy go w otoczeniu nowoczesnych scenerii i atrybutów, w nim wciąż siedzą obrazki z dzieciństwa.

„Drzewo życia” przywodzi na myśl „Odyseję kosmiczną 2001” Kubricka, Malick sięga także chociażby do wspomnianego już przeze mnie Kieślowskiego zapożyczając od niego „Lacrimosę” Zbigniewa Preisnera. Dużo symboli, dużo obrazów, dużo haseł. Każdy zrozumie i wyłapie z nich coś innego. Wielkie uznanie należy się za wizualną stronę filmu, takich zdjęć się w kinie niestety nie ogląda. 

Arcydzieło czy kicz? – to pytanie pada najczęściej po adresem filmu Malicka. Może ani jedno ani drugie? Nie przyjmuję tezy by przekreślać „Drzewo życia” tylko ze względu na patos, którym reżyser obficie się posługuje. Czy poruszanie spraw fundamentalnych takich jak sens życia, wiara, człowieczeństwo, miłość nie usprawiedliwia używania wielkich słów? Czy patos z założenie musi być nie do przyjęcia? Nie zgadzam się z takim zarzutem. Moim zdaniem Malick będąc banalnym jest jednocześnie filozofem i poetą kina. On używa środków zupełnie niefilmowych, takich jak obrazy i szeptane z offu monologi, by osiągnąć konkretne emocje i refleksje.

Dla mnie „Drzewo życia” było czymś świeżym, kinem idącym na przekór schematom. Myślę, że trzeba do tego filmu wracać wiele razy by zrozumieć zawarte w nim treści. Mnie osobiście Malick poruszył choć zostawił z mieszanymi uczuciami… 




04.07.2011

Karlowe Wary

Festiwale, festiwale... Trwa właśnie 46 edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach: Strona festiwalu

Jak zawsze wypatrzyłam na nim coś dla siebie :) 




"Jane Eyre" reż. Cary Fukunaga, Wlk. Brytania, 2011


Film miał już swoją światową premierę w marcu ale jak dotąd nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zagości na polskich ekranach. W Karlowych Warach wyświetlany jest również premierowo, w oficjalnej selekcji ale poza konkursem głównym. 

Przyznam szczerze, że ja mam problem z filmami "z epoki" - nie lubię ich po prostu. Staram się jednak przełamywać bo wiem, że za tymi dziwacznymi przebraniami często kryją się niesamowite historie. 

Oczywiste jednak jest to, że w tym przypadku to nie klasyczna powieść "Jane Eyre" autorstwa Charlotte Bronte, której film jest adaptacją, ciągnie mnie do ekranu a obsada filmu :) Uwielbiam takie niespodzianki, kiedy okazuje się, że moi ulubieni twórcy robią coś wspólnie. I oto dostaje kolejną w postaci aktorskiej pary: Michael Fassbender (już pisałam, że to jeden z moich absolutnych TOP wśród aktorów) w roli Rochestera a do tego rewelacyjna Mia Wasikowska jako tytułowa Jane! 

O Fassbenderze będę jeszcze miała okazję pisać, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na wielki talent Mii Wasikowskiej. Po pierwsze ta dziewczyna nie tylko ma polsko brzmiące nazwisko, ona się podaje za Polkę i to wychowaną na filmach Kieślowskiego! Sprawdźcie sami: 




Zachwyciła mnie i resztę widzów w serialu HBO "In treatmnent" - szczerze polecam, który był jej pierwszym projektem w Stanach (Mia jest Australijką). Będąc najmłodszą z całej obsady stworzyła najbardziej poruszającą postać, była niesamowita. Po tym serialu jej kariera potoczyła się b. szybko: zagrała m.in. w "Alicji w Krainie Czarów" i "Wszystko w porządku". Bardzo jej kibicuje bo naprawdę jest przyszłością kina. Wróżę jej karierę na miarę co najmniej Cate Blanchet :) 

Tak więc "Jane Eyre" dodaję do mojej listy filmów: MUST SEE !

03.07.2011

Billy Wilder




Gdyby żył kończyłby w tym roku 105 lat. Nie chodzi jednak o to, że zmarł, w końcu stało się to w 2002 roku gdy miał już 96 lat! Chodzi o to, że zbyt mało się o nim pamięta w Polsce a przecież ta prawdziwa legenda kina urodziła się w Suchej Beskidzkiej!

Z tego właśnie powodu w zeszłym miesiącu odbył się festiwal "Nieznany Billy Wilder" - przegląd filmowy w Krakowie i Suchej Beskidzkiej. PROGRAM

Wiem, że uzurpowanie sobie praw do Wildera mogłoby być przesadą z naszej strony, w końcu w 1906 roku Sucha Beskidzka leżała na terenie należącym do Austro – Węgier. Z drugiej jednak strony podniecamy się byle jaką rólką byle jakiej polskiej aktorki w byle jakim zagranicznym filmie, podczas gdy na naszych ziemiach urodził się jeden z twórców potęgi Hollywood!

Billy Wilder miał tragiczne dzieciństwo. W latach gdy był już sławny mówiono o nim: „to jedyny reżyser, którego oboje rodzice zginęli w obozie koncentracyjnym”. Na szczęście nie tylko to mówiono, choć rzeczywiście Billy stracił rodziców i resztę rodziny w Auschwitz. Sam będąc Żydem uciekł z hitlerowskich Niemiec skąd trafił do Anglii a następnie do USA. Od razu zaczął pracować w przemyśle filmowym, mimo, że na początku nie znał nawet angielskiego. Pisał scenariusze i oddawał je do tłumaczenia.

Nie uznawał filmów autorskich, skromnych, niezależnych. Wg niego film to musiało być widowisko! Nie można mu jednak zarzucić, żeby w jego dziełach forma przewyższała treść. Wilder był prawdziwym perfekcjonistą. Dbał o każdy szczegół. Jego scenariusze były dopracowane w najmniejszych detalach, podobnie jak scenografia.

Wildera nie interesowały tematy polityczne ani moda, bardziej skupiał się na uniwersalnej naturze człowieka. To głównie dlatego jego filmy zachowują aktualność i tak świetnie się je dziś ogląda.

Do najbardziej znanych filmów B. Wildera należą:

   „Stracony weekend”
 „Świadek oskarżenia”
 „Słomiany wdowiec” 
 „Pół żartem, pół serio”
 „Apartament"
 „Sabrina”
„Garsoniera”

I moje dwa absolutnie ulubione: „Podwójne ubezpieczenie” i przede wszystkim „Bulwar Zachodzącego słońca” - klasyki ery filmów noir i klasyki kina w ogóle.

Podobno nie pracowało się z nim łatwo ale tylko dlatego, że mało kto mógł dorównać jego profesjonalizmowi, pracowitości i pasji. Szczególnie aktorzy nie mieli u niego lekkiego zdania, scenariusz to była świętość, nie mogli w nim zmienić nawet słówka.

Trzeba sobie uświadomić w jakich Wilder żył czasach: kino nieme zostało zdominowane przez produkcje z dźwiękiem co było ogromną rewolucją. Studia producenckie takie jak MGM czy Paramount Pictures właśnie wtedy budowały swoją potęgę.  Aktorzy zdobywali statusy gwiazd równe statusom królewskim. Był to czas gdy wszystko się tworzyło, powstawało. I Wilder był jednym z budowniczych rosnącej legendy. Był człowiekiem niesamowicie utalentowanym a przy tym sprawnym organizacyjnie. Wilder praktycznie stworzył Hollywood, był jednym z najbardziej liczących się twórców filmowych.

Wilder jest także jednym z najczęściej nagradzanych twórców. Ma na koncie 6 Oscarów i aż 20 nominacji do nagrody Akademii.

Najbardziej żałował, że to nie on nakręcił „Listę Schindlera”. Był jednak współautorem scenariusza do filmu Spielberga. 

Wielu współczesnych twórców przyznaje, że to właśnie postać Wildera zainspirowała ich do kręcenia filmów.

Jednym słowem: Geniusz! 

Obejrzyjcie sobie jego przemówienie z 1988 roku gdy odbierał nagrodę Irvinga G. Thalberga za wyjątkowe osiągnięcia, by przekonać się jak niesamowitym był człowiekiem:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...