30.03.2010

Kocham kino

Każdemu jego kino - "Kocham kino" (Chacun son cinema)

Gdy sala kinowa jest waszym drugim domem albo nawet więcej – czujecie się tam lepiej niż w domu, jeśli tylko w jej ciemnościach potraficie odczuwać emocje, jeśli właśnie w filmach szukacie pytań i odpowiedzi, jeśli macie swoje ulubione sale projekcyjne, które kochacie bez względu na ich stan techniczny, jeśli wierzycie, że kino to coś więcej niż rozrywka – wówczas „Kocham kino” powstał właśnie dla Was.

Trzydziestu pięciu wybitnych reżyserów. Trzydzieści trzy trzyminutowe miniatury filmowe. Jeden temat. Magia kina. Taki pomysł zrodził się w głowie Gillesa Jacoba, dyrektora festiwalu w Cannes, z okazji sześćdziesiątej edycji imprezy. Do projektu udało mu się zaprosić takich twórców jak: Joel i Ethan Coen, David Cronenberg, Luc i Jean-Pierre Dardenne, Alejandro González Iñárritu, Claude Lelouch, Ken Loach, David Lynch, Roman Polański, Gus Van Sant, Lars von Trier, Wim Wenders, Wong Kar-Wai. W ten sposób powstała wyjątkowa, dwugodzinna kompilacja autorskich nowel, która funkcjonować może raczej jako pewna ciekawostka a nie pełnometrażowy film, choć ma niewątpliwie swoje wspaniałe momenty.

Wielcy reżyserzy składają hołd kinu, czy kino oddaje hołd reżyserom? Każda etiuda została opatrzona na wstępie tytułem i nazwiskiem autora. Zapewniam jednak, że i bez tej podpowiedzi nie byłoby problemu z połączeniem filmu z jego twórcą. Tylko trzy minuty to aż trzy minuty, w ciągu których można wyrazić siebie: przekazać kwintesencję swojego stylu, puścić do widza oko specyficznym montażem, poruszyć bliski sercu temat, w charakterystyczny sposób opowiedzieć historię, zaskoczyć puentą, rozbawić jak zawsze, wstrząsnąć po raz kolejny.

Twórcy różnie podeszli do przewodniego hasła projektu. W niektórych etiudach kino stało się głównym tematem, w innych tylko pretekstem, punktem wyjścia dla historii. Znamienne wydaje się to, że w większości z nich kino funkcjonuje jako miejsce społeczne. Bo czym jest sala kinowa? Pomieszczeniem, w którym wyświetla się i ogląda filmy? Nie tylko. Jest miejscem na randkę, świadkiem pierwszych pocałunków, lecz także przestrzenią niebezpieczną, gdzie można paść ofiarą kradzieży czy molestowania. Można tam kogoś poznać lub z kimś się rozstać.

Urzekła mnie opowiedziana przez Claude’a Leloucha, wzruszająca historia pewnej rodziny, odmierzana kolejnymi seansami w kinie. Spodobał mi się ironiczny filmik Polańskiego: reżyser z humorem pochylił się nad instytucją popularnych we Francji kin erotycznych. Po raz kolejny z przyjemnością zanurzyłam się w delikatny świat Wonga Kar-Waia, w którym bardziej niż sama akcja liczy się klimat. Doceniłam również oryginalność pomysłu von Triera. Duńczyk uczynił siebie samego głównym bohaterem etiudy, przypominając w niej, że kino to także show-biznes, gdzie bardziej od wizji artystycznej liczą się pieniądze. Cronenberg poszedł jeszcze o krok dalej, przedstawiając smutną wizję końca sztuki filmowej.

Czy z tej układanki wychodzi jakaś całość? Owszem. Podczas filmowej podróży poznajemy różne kina w różnych dekadach, a magia wciąż i wszędzie jest ta sama. Dzieci, dorośli, starcy, biedni i bogaci, ludzie różnego koloru skóry i różnego wyznania. W sali przecież i tak jest ciemno, wszyscy są tam równi. Więc jeśli Wy też odczuwacie małe ukłucie w sercu za każdym razem, gdy przed projekcją gaśnie światło, to podarujcie je sobie jeszcze raz.


12.03.2010

Mała Miss


Mała Miss – Mała Ameryka

Ten skromny debiutancki film skradł serca nie tylko niezależnej widowni Festiwalu Filmowego w Sundance, ale także szacownych członków Akademii Filmowej, którzy umieścili go w gronie pięciu najlepszych dzieł 2006 roku. „Mała Miss” stała się tym samy niepozorną konkurentką dla takich mega hitów jak „Babel” czy „Infiltracja”.

„Mała Miss” jest historią familijną, kinem drogi i tragikomedią jednocześnie. Zrealizowany niewielkimi środkami film pokazuje Amerykę prawdziwszą niż niejedna superprodukcja. Grupa bohaterów stanowi zbitek dziwolągów i nieudaczników pochodzących z jednej tylko rodziny. Motywem przewodnim oraz powodem wyprawy, w którą udaje się wspomniana rodzinka, staje się konkurs piękności. Na konkurs ten zakwalifikowała się (z powodu dyskwalifikacji innej kandydatki) najmłodsza latorośl – siedmioletnia Olive. Dziewczynka jest rzeczywiście urocza (mała aktorka Abigail Breslin stała się odkryciem tego filmu), ale zupełnie nie pasuje do kanonu małych miss - brakuje jej sztucznego uśmiechu, ostrego makijażu i natapirowanych włosów. Mimo to rodzice: ojciec - nieudacznik i prawie bankrut (Greg Kinnear) oraz jedyna trzeźwo myśląca w towarzystwie matka (Toni Collette), postanawiają przebyć starym vanem całą Amerykę, aby spełnić marzenie córki. Dodatkowymi pasażerami zostają sprośny i lubiący heroinę dziadek, nie mówiący od dziewięciu miesięcy na własne życzenie nastoletni syn, oraz niedoszły samobójca homoseksualista – brat matki. Bardzo istotne jest też to, że samochód okazuje być tak jak i jego pasażerowie nie do końca idealny: za każdym razem żeby ruszył trzeba go pchać.

„Mała Miss” to film bez fajerwerków, nie jest też być może zbyt odkrywczy. Jest jednak zgrabną opowieścią o tym co najważniejsze: liczy się to by nie udawać nikogo innego ani przed innymi, ani tym bardziej przed samym sobą. Reżyser może w dość naiwny sposób, ale z dużym wdziękiem, próbuje przekonać również, że rodzina, jakkolwiek dziwaczna by się wydawała, potrafi pomóc w najtrudniejszych chwilach samą obecnością. Po najlepszym finale jaki widziałam w kinie od miesięcy, uwierzyłam, że mając za sobą ludzi, których choć trochę obchodzi Twój los, można przejść przez wszystko z podniesionym czołem.

Dużo tu humoru, i tego czarnego, i absurdalnego, ale obiecuję, że rozbawi każdego. Dawno się tak w kinie nie uśmiałam :) Brakowało mi również prostego filmu o zwykłej amerykańskiej rodzinie z prowincji. Cieszę się, że takie filmy też w Ameryce powstają i trochę szokuje fakt, że na świecie obejrzało go trzy razy więcej ludzi niż w samych Stanach. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...