07.01.2018

Florida Project

"The Florida Project" reż. Sean Baker, USA 2017


Jest coś w filmach dziejących się w wakacje, których bohaterami są dzieci, co łatwo urzeka i z miejsca wprowadza w dobry nastrój. Reżyser „The Florida Project” Sean Baker ewidentnie to wykorzystuje. Zabiera nas w wyjątkowo kolorowy świat, w środek lata na Florydzie gdzie domy są fioletowe, ubrania dzieciaków kolorowe jak lody w pobliskiej budce, z nieba sypią się promienie słońca, a czas płynie leniwie.

I byłaby to właśnie taka beztroska kraina, niczym majaczący gdzieś w oddali Disneyland. Tyle, że nie jest. Gdy zajrzy się za kurtynę, zrobi parę kroków więcej, spojrzy dalej - czar pryska. Bo Baker opowiada o tym co dzieje się w cieniu tego jednego z największych symboli rozrywki i kapitalizmu.

Jego bohaterami są dzieci. Dzieci, które niczym banda z gangu Olsena biegają i psocą po okolicy. Mają swoje rytuały, miejsca, które odwiedzają, numery, które odstawiają. Są wolne i robią co chcą bo rzadko kiedy są pilnowane. Dopiero z czasem przekonamy się, że to nie tylko wakacyjna przygoda, a ich życiowa sytuacja.

Bo tak naprawdę jest to film o tzw. ukrytej bezdomności, czyli trwającej dłuższy czas sytuacji kiedy codziennie od wylądowania na ulicy dzieli Cię kilkadziesiąt dolarów, potrzebnych na opłacenie czynszu. I choć Baker bierze temat na lekko, umiejscawia akcję w wakacje, z bohaterów robi kolorowe ptaki, a podrzędny motel to w zasadzie duży fioletowy zamek, dość szybko orientujemy się, że ten raj jest jedynie umowny.

To temat rzadko poruszany w kinie bo może ludzi odstraszyć swoją niewygodą. Tuż obok żyją ludzie, którzy codzienne walczą o przetrwanie i o godność. Ludzie z marginesu, egzystujący na krawędzi. Między radzeniem sobie w życiu, a zupełnym z tego życia wypadnięciem. Między legalną pracą, a pracą na czarno. Między byciem uczciwym, a przekroczeniem granic aby przetrwać kolejny dzień. Kompletny brak stabilności. O krok od wylądowania na bruku, a jednak wciąż na powierzchni.

Baker lubi miksować na planie. Miesza profesjonalnych aktorów z amatorami, tworzy trzy mocne postacie, którym pozwala płynąć i na naszych oczach budować relacje. Film ma solidne podstawy, ale jednocześnie pozostawia dużo miejsca na improwizacje. Czasami jest komiksowo i baśniowo, by za chwilę przeistoczyć się w realistyczny dokument.

Oprócz fenomenalnie grających dzieci, których oglądanie na ekranie sprawia ogromną przyjemność, mamy dwie kluczowe postaci dorosłe: młodą matkę i managera tego całego przydrożnego zamczyska (sam motel, z resztą wciąż działający, to w zasadzie także osobny bohater filmu). Manager Bobby ma kilka ról: jest policjantem, dozorcą, księgowym, kumplem, opiekunem. Jest dumny ze swojej pracy. Zawsze stara się zrobić coś lepiej, coś naprawić, poprawić życie mieszkańców. To normalny facet, żaden bohater, ciepły gość z ciepłym podejściem do ludzi. Służy tej społeczności, rozwiązuje problemy, dba o nią. Willem Dafoe tchnął w tę postać tak wiele serca, czułości i szczerości, że doprawdy nie sposób tego gościa z miejsca nie polubić. 

Zaś Halley, matka radosnej Moonee, jest już postacią bardziej wieloznaczną. Możemy mieć zastrzeżenia do jej podejścia wychowawczego i ogólnie pomysłu na życie, a raczej jego braku, ale z drugiej strony od początku jej kibicujemy. Jesteśmy za nią za jej determinację i walkę o rozgrywanie spraw na swoich warunkach. Jest cwana, bezczelna i niedojrzała, ale jednocześnie wierna sobie, ma niesamowitą więź z córeczką i ten rodzaj uporu, który nigdy nie pozwoli jej się poddać. Wiemy, że potrzebny jej jest jedynie wiatr w żagle by wyszła na prostą. Jest to z resztą motyw, który bardzo skojarzył mi się z filmem „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Tyle, że Anglik zrobił typowy brytyjski dramat społeczny, opisujący wady bezdusznego systemu, który do takich ludzi w porę nie wyciąga ręki. U Bakera, który jest fanem tego nurtu filmowego, bohaterowie wydają się być w ogóle poza jakimkolwiek systemem. W Projekcie Floryda, czyli projekcie powstania gigantycznego parku rozrywki, nie przewidziano przecież nieatrakcyjnych przedmieść...


Baker pokazuje nam świat, o którego istnieniu nawet nie wiemy. Poszerza naszą perspektywę, otwiera oczy i serca. Uczy wyrozumiałości. Przy czym robi to bez cienia osądzania, oceniania czy tkliwości. To nie jest wielki dramat, zagrany na fajerwerkach, ani smutny film o ludziach na marginesie. Jego kamera (tym razem taśma 35 mm) penetruje ten świat z ciekawością i chęcią zrozumienia niczym w filmach przyrodniczych. Dlatego ten film jest przede wszystkim tak niesamowicie szczery. 


14.10.2017

33 Warszawski Festiwal Filmowy - co obejrzeć?


Jesień jest do zniesienia bo są festiwale filmowe! Oto co ja wybrałam na tegorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym: 

Kino europejskie 


"Uwodziciel" / "The Charmer" reż. Milad Alami, Dania, Sekcja: Konkurs 1-2


Esmail, młody Irańczyk, mieszka w Danii. Desperacko poszukuje kobiet, dzięki którym może pozostać w tym kraju. Jest uwodzicielem. 

Lubię skandynawskie kino i lubię kino irańskie więc wydaje się to być doskonałe połączenie. Ale najbardziej chcę obejrzeć ten film ze względu na reżysera. Milada Alami  - Duńczyka irańskiego pochodzenia, poznałam niemal 5 lat temu na gali festiwalu Grand OFF w Warszawie gdzie otrzymał nagrodę za najlepszy scenariusz. Nie mogę się doczekać żeby zobaczyć jego pierwszy długi film! "The Charmer" miał swoją premierę na Festiwalu w San Sebastian, został tam nagrodzony przez stowarzyszenie krytyków i dziennikarzy FEDEORA. 

Klip z filmu do zobaczenia TU

28.09.2017

Filmy tak złe, że aż dobre :)

"Oblicza mordercy" ("Final connection" aka "Dead combination") reż. Nigel Dick USA 1994

Są filmy, które lubimy za ich wady. Za to, że są słabe, wybrakowane, kiepsko zrobione. Ale mają coś w sobie. Klimat, pomysł, dobrą rolę. To filmy, którym dajemy mało gwiazdek, ale dużo serduszek :) 

Niedawno miałam okazję opowiedzieć o dwóch moich takich perełkach w audycji w CZWÓRCE.

Do posłuchania i do poczytania: 

Audycja "Pierwsze słyszę" w Czwórce Polskiego Radia, wejścia w 9:50 min. i 18:25 min. KLIK

"Dead Connection", znane też jako "Final Combination", z 1994 roku z Michaelem Madsenem w roli detektywa to film, który nie trafił nawet do dystrybucji w USA, a od razu na VHS. Na IMDB czy Rotten Tomatoes niewiele o nim jest.

O czym to jest?

20.08.2017

Filmy, do których nie wracam

"Incendies" reż. Denis Villeneuve, Kanada 2010

Rzadko kiedy oglądam filmy więcej niż raz. Mam kilka (no więcej niż kilka) evergreenów, które mogę oglądać w kółko, ale zazwyczaj nie wracam do filmów. Głównie dlatego, że ten czas wolę poświęcić na coś nowego, a czasem ze strachu przed popsuciem sobie pierwszego wrażenia. Boję się wracać do filmów, które mnie zachwyciły bo nic nie może się przecież równać z miłością od pierwszego wejrzenia :) Na razie nie wyobrażam sobie ponownego seansu np. „Wielkiego piękna” czy „I’am not there” gdyż w mojej głowie były to doświadczenia zmieniające moje postrzeganie świata. 

Jednym z takich powrotów, na jakie się odważyłam w ostatnim czasie, było ponowne obejrzenie „American Beauty”. Filmu, na który w liceum specjalnie zerwałam się na wagary (do dziś pamiętam nawet jak byłam ubrana w dzień, kiedy go widziałam!) Pozwoliłam go sobie obejrzeć ponownie ponad rok temu i byłam zdziwiona tym jak doskonale pamiętałam większość scen, a nawet dialogów! Rewatch „American Beauty” absolutnie nic nie zmienił w jego ocenie – nadal uważam go za arcydzieło współczesnego kina amerykańskiego. Ale wiem też, że nie każdy powrót do podziwianych kiedyś filmów kończy się w ten sposób, więc na wszelki wypadek po prostu wolę nawet nie ryzykować.

Są jednak filmy, do których nie wracam celowo. Kiedy przypadkiem trafię na nie w TV, instynktownie przełączam dalej. Uciekam od nich jak od ludzi, którzy kiedyś mnie skrzywdzili. To filmy, które poruszały mnie tak mocno, wywołały tak silne emocje, że nie chcę ich sobie fundować na nowo. Są zbyt ciężkie.

Oto moja lista, filmów zbyt ciężkich by obejrzeć je po raz kolejny:  

27.06.2017

Wiosenne skrawki. Poza repertuarem


Moje filmowe życie coraz częściej i coraz bardziej toczy się gdzieś z boku głównych kinowych repertuarów, a moje wyprawy filmowe zbaczają z głównego nurtu, szukając czegoś, co ciężko znaleźć na codzień w kinie: świeżości, naturalności, szaleństwa. Wciąż dużo oglądam, ale coraz częściej i więcej pozycji, których nie ma w głównych repertuarach. Szukam tego "czegoś innego", na pokazach, przeglądach, festiwalach. W kinach w bramach, w kinach na kanapach, w kinach za rogiem... Oto co działo się u mnie wiosną. 

Kino Off

"SOLACE" reż. Wojtek Wojtczak, Polska 2017


To jest rodzaj kina jakiego w Polsce się w zasadzie nie kręci. Albo przynajmniej nie pokazuje. Ja miałam okazję być na pokazie tego interesującego projektu. Całkowicie autorskie kino zupełnie poza głównym nurtem. Spokojne, klasyczne czarno-białe zdjęcia, plaża jako scenografia i tylko trójka bohaterów. Bohaterów pomiędzy którymi jest mnóstwo emocji. I jedynie głos z offu jako narrator. Wysmakowane kino, które ogląda się jak poemat. 

08.05.2017

Co obejrzeć na 14. Festiwalu Docs Against Gravity


Kiedy zawodzi dziennikarstwo do gry wchodzą dokumentaliści - szczerze w to wierzę. To oni od dawna opisują i analizują mój świat. Dlatego tak bliski jest mi Festiwal Docs Against Gravity, o którym szerzej pisałam dwa lata temu (TU).

Oto kilka propozycji, które polecam z, jak zwykle przepełnionego, programu :

03.05.2017

Klient

"Forushande" reż. Asghar Farhadi, Francja/Iran 2016 

Trzeci raz piszę o filmie Farhadiego i czuję się trochę jakbym pisała jedną recenzję w trzech odcinkach. Bo Farhadi znowu się powtarza, ale nawet opowiadając wciąż tę samą historię, po raz kolejny prowadzi nas w meandry zawiłości ludzkiej natury. I robi to tak, że nie sposób się od jego historii oderwać.

Otwarcie „Klienta” zaskakuje stylem Hitchcocka: zaczyna się od trzęsienia ziemi. Kamienica, w której mieszkają bohaterowie – Emad i Rana, pęka i wszyscy mieszkańcy zmuszeni są do jej natychmiastowego opuszczenia. Młode małżeństwo pilnie poszukuje nowego lokum, a z pomocą przychodzi znajomy z teatralnej trupy, oferując wynajem swojego mieszkania. Kiedy młodzi się wprowadzają, okazuje się, że poprzednia lokatorka nie zabrała jeszcze swoich rzeczy i trudno jest ją namówić by to w końcu zrobiła.

Tak zostajemy wprowadzeni w misterną, koronkową fabułę „Klienta”, której zwrot akcji niejeden raz nas zaskoczy.

02.04.2017

Co warto obejrzeć na 23 "Wiośnie filmów"


Wiosna Filmów: www.wiosnafilmow.pl   

Prawdziwa wiosna zaczyna się wtedy gdy zawita do kina :) Moja ulubiona Wiosna Filmów właśnie się zaczyna! Jeśli nie wiecie co wybrać z programu - zapraszam po moje rekomendacje!

Kino europejskie 

"Co przynosi przyszłość" - nie dziwię się, że Wiosna przypomina ten film: był to najlepszy film jaki widziałam na poprzedniej edycji festiwalu. Znalazł się także w moim rocznym zestawieniu jako jeden z najciekawszych europejskich filmów 2016 roku. 


Warto nie tylko dla doskonalej Isabelle Huppert. „L’avenir” czyli po prostu "przyszłość" w oryginale, to dramat, ale nie o samym dramacie, a o tym co się dzieje wcześniej i co się dzieje później. Puenta jest oczywista: wszystko jest ulotne. Czas leci, czas wszystko zmienia, jest nieubłagany. Chcemy go złapać, zatrzymać, cofnąć. A możemy się tylko dostosować."


05.03.2017

Moonlight

"Moonlight" reż. Barry Jenkins, USA 2016 

Spośród wszystkich filmów, które widziałam ostatnio, o tym myślę najwięcej.

Są postacie, które nigdy nie stają się bohaterami pierwszego planu. Takie, które zawsze przemykają tylko gdzieś w tle, sprowadzone do stereotypów, uproszczone do granic możliwości. Istnieją tylko po to by spełnić jakąś ustaloną z góry rolę. Rolę tła. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki ktoś ich nie zhumanizuje i nie zrobi filmu właśnie o nich. „Moonlight” to film, który takim bohaterom daje głos, wnętrze, głębię.

13.02.2017

Manchester by the sea

"Manchester by the Sea" reż. Kenneth Lonergan, USA 2016 

Wyobraźcie sobie człowieka, który uważa, że nie zasługuje nawet na meble w pokoju czy okno. Człowieka nie patrzącego dalej niż w następny dzień. Człowieka, który nie żyje, a zaledwie funkcjonuje. Na tyle ile musi.

Kenneth Lonergan jest reżyserem, który ma obsesję na punkcie dobrze napisanego scenariusza. Nad tym pracował 2 lata. I stworzył historię, którą obiera się jak cebulę. Za każdą wersją jest kolejna. Co raz bardziej bolesna.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...