22.01.2017

La La Land


 „City of stars, are you shining just for me?”.

Wszyscy to mamy – marzenia. Pragnienia by te gwiazdy świeciły tylko dla nas, by nam się poszczęściło, udało. Staramy się, ciężko pracujemy i wierzymy, że stanie się niemożliwe. To marzyciele ciągną ten świat do przodu. Szaleńcy, którzy wierzą, że mogą coś osiągnąć. Problem zaczyna się gdy opadają z sił i tracą w siebie wiarę.

Los Angeles wydaje się być miastem nie tyle aniołów, co marzycieli właśnie. Ciągną tam całymi stadami. A potem zderzają się z rzeczywistością. Z wiecznym odrzuceniem i porażkami. Ciekawe kogo jest tam więcej: tych, którzy wciąż marzą czy tych, którzy już się poddali? W takim punkcie pomiędzy utrzymaniem, a porzuceniem marzeń, jest Sebastian i Mia. On kocha jazz, ona srebrny ekran. On gra do kotleta, ona między przesłuchaniami pracuje w kawiarni. Ich drogi się przetną. Raz, drugi i w końcu trzeci. W myśl zasady Billego Wildera o „cute meetings”, ich pierwsze spotkania są nieoczywiste, zabawne i zadziorne. My wiemy od początku, że musi zaiskrzyć, oni muszą trochę na to poczekać.

„La La Land” to musical z prawdziwego zdarzenia, 100% swojego gatunku. Gdy na ekranie pojawiają się sceny śpiewane i tańczone, kolory są żywsze, miasto jest ładniejsze, wszystko jest możliwe. Chazelle w piękny sposób oddaje hołd klasycznym musicalom i złotej erze Hollywood (mnie szczególnie urzekły jego odwołania do „Casablanci”: mężczyzna, bar i kobieta, która przypadkowo do niego trafia). On w tak jasny, ale zarazem subtelny sposób tej klasyce się kłania, a jednocześnie w żadnym momencie nie naśladuje jej wprost. „La La Land” to współczesny film, pięknie wystylizowany na klasyczne Hollywood. Jego siłą jest to, że nie poprzestaje na grze na sentymentach. Tu jest prawdziwa historia, pełna szczerości. Bo gdy film toczy się „normalnym” rytmem, staje się przyziemną (czasem wręcz banalna) opowieścią o miłości. Niewiarygodne jest jak Chazellowi udało się wyważyć swój film między szaleństwem musicalu, a naturalnością opowieści o dwójce zwykłych ludzi. Ani muzyczne numery nie przysłaniają reszty, ani nie są tu uroczym dodatkiem. One budują postaci i rozwijają historię. Tu wszystko ma swój cel: miłość tej dwójki rodzi się podczas tanecznych numerów. 

Bohaterowie są bogaci, głębocy. Mają swoje charaktery, a aktorzy mają co grać. Scena kolacji to bardzo mocna scena dramatyczna, ukazująca talent Goslinga i Stone. Sebastian i Mia długo się nie widzieli, ona za nim tęskni, a on zaskakuje ją i wraca na jedną noc. Mia jest zachwycona. Ale ten wieczór nie skończy się dobrze. Bo padną pytania o przyszłość, o plany. Bo spełnianie marzeń nie zawsze idzie w parze ze spełnianiem się w miłości. Bo w jednym trzeb być egoistą, a w drugim oddać całego siebie. Bo gdy jest się w związku zaczyna się od siebie wymagać. Oczekiwać czegoś. I w tej rozmowie to wszystko jest. Wychodzą te drobne niuanse, które potrafią podważyć największe uczucie. Bo choć kocha się bardzo, to czasem naprawdę może nie wystarczyć.

Emma Stone daje tu moim zdaniem występ życia. Jest świeża, naturalna, dramatyczna. Ma świetną scenę kiedy jej Mia nie chce jechać na przesłuchanie. Poddaje się. Po 6 latach bycia odrzucaną ma dość. Stone świetnie oddaje ten brak wiary, to zwątpienie. Ona naprawdę nie ma już siły stawać kolejny raz na nogi, podnosić czoło i próbować po raz kolejny. Ile można? Ile można wystawiać się na ocenę, na odrzucenie, na poniżenie? Każdy ma jakieś granice. Chazelle podobnie jak w „Whiplash” mówi: nie poddawaj się. Tu nie ma innej rady. Musisz walczyć do końca. Każdy z jego bohaterów dochodzi inaczej do swojego sukcesu. W pewnym momencie przydaje się ta druga osoba, która Cię popchnie. Dlatego stają na swojej drodze.

Damien Chazelle również po raz kolejny udziela nam korepetycji z jazzu. Monolog Sebastiana kiedy opowiada czym jest dla niego ta muzyka, czy wywód muzyka, granego przez Johna Legenda, na temat bolączek jazzu, świetnie opisują ten gatunek. Zdaje się, że u tego reżysera muzyka ma równoprawne miejsce co aktorzy. Tu nie chodzi tylko o to, że ona jest świetna. Chodzi o to, że ona też jest bohaterem i odgrywa rolę. Że ten jeden powracający temat przewodni wart jest więcej niż najlepiej napisany dialog. W nim są wszystkie emocje bohaterów i my je czujemy.

Kolejnym, oprócz muzyki, bohaterem jest filmu jest Los Angeles. Chazelle ma do niego ogromną miłość. Wszystkie motywy, które tak bardzo kojarzą się z tym miastem, (opisane w "Los Angeles Plays Itself") tutaj są. Otwierająca scena dzieje się na słynnym skrzyżowaniu autostrad, jest stare kino, są wzgórza i jest nawet Bunker Hill z kolejką Angels Flight.  

Angel's Flight

Dla kariery Goslinga to jest drugi „Pamiętnik” – tak nie płakaliście na filmie od lat. Bo choć Chazelle przez większość filmu karmi nas marzeniami, na koniec popada w straszny cynizm. I może czyni tym swoją historię jeszcze bardziej prawdziwą, ale widzom łamie serce.

Zakochałam się w tym filmie. Ma wszystko czego szukam w kinie. Oglądałam go z uśmiechem na twarzy, zachwytem i tysiącem emocji. Zrobi Wam ciepło na sercu, zauroczy Was, a potem Wam to serce złamie.

Magia kina - niewiele filmów to ma. „La La Land” cały jest magią.


31.12.2016

Paterson

"Paterson" reż. Jim Jarmush, USA 2016

Chodząc bez celu po Dublinie natrafiłam na Irish Film Institute. Nadchodził wieczór i miałam do wyboru albo miłą kolację, albo seans. Wybrałam seans, który miał się zaraz zacząć: „Paterson” Jima Jarmusha.

Nic nie wiedziałam o tym filmie. Poza tym, że kojarzyłam tytuł z programu festiwalu w Wenecji, nie wiedziałam nic o jego fabule. I bardzo dobrze.

Jest w "Patersonie" coś, co ciężko mi teraz nazwać. Chyba nawet nie potrafię tego opisać. To jakaś wydzierająca się z pomiędzy scen magia. Jeśli będziecie otwarci i czujni, zadziała też na Was. Ten film mnie urzeka i przerasta zarazem. Nie sposób tę magię przełożyć na słowa, a co dopiero na papier.

28.12.2016

SUBTITLE Film Festival w Kilkenny 2016

SUBTITLE Film Festival w Kilkenny, Irlandia 

Wjeżdżałam do Kilkenny późnym wieczorem, zapadał zmrok, w miasteczku paliły się już świąteczne światełka. Jechałam główną ulicą i szukałam wzrokiem jednego, specyficznego miejsca. Miejsca, którego zdjęcie mnie tu przywiodło. Zobaczyłam je rok wcześniej (TU) i od razu poczułam, że muszę tam pojechać. Teraz ten spontaniczny plan stał się rzeczywistością. Znalazłam się w Kilkenny – irlandzkim miasteczku w połowie drogi między Dublinem a Cork. I kiedy moim oczom ukazała się w końcu ta niebieska witryna ze zdjęcia, oświetlona dokładnie tak jak to zapamiętałam, ja również rozświetliłam się ze szczęścia. Jestem tu! Spełniłam swoje marzenie!

Przyjechałam do Kilkenny na festiwal filmowy SUBTITLE, który odbywał się tam po raz piąty. Mały festiwal, ale z wielkim sercem - zapewniał mnie w mailu jego Dyrektor. Miał rację.

15.12.2016

Ranking polskich dramatów sądowych

kadr z filmu "Sprawa Gorgonowej"

W najbardziej poruszających filmowych historiach akcja skupia się na odwiecznej walce dobra ze złem. Mogą to być spektakularne bitwy albo zupełnie kameralne starcia nie na argument siły, a na siłę argumentów. I właśnie ten drugi rodzaj walki znajdujemy w filmach zwanych za oceanem „legal movies”, a u nas „dramatami sądowymi”, które akcję przenoszą z pól bitew do sądowych sal i gdzie orężem, jest nie broń, a słowo. 

Kto mnie zna, wie, że uwielbiam legal movies. Poniżej przedstawiam swój ranking polskich filmów z tego wciąż mało eksploatowanego u nas gatunku.

09.12.2016

Egzamin

„Egzamin” reż. Cristian Mungiu, Rumunia 2016

Dla najbliższych robi się wszystko, dla tych, których kochamy poświęcamy się i walczymy. Bo chcemy dla nich jak najlepiej, bo tak trzeba. A co jeśli posuniemy się za daleko, jeśli przekroczymy granice – czy możemy się usprawiedliwiać bo przecież chcieliśmy dobrze?

Cristian Mungiu jak sam mówi nie chce ruszać się z kamerą z Rumunii, jednocześnie wierząc, że to o czym opowiada, jest uniwersalne i zrozumiałe dla wszystkich. I rzeczywiście opowiadanie historii, które poruszają bez względu na szerokość geograficzną, bardzo mu się udaje.

Reżyser wprowadza nas w rodzinę z rumuńskiej klasy średniej: mąż szanowany lekarz, żona pracująca w bibliotece i nastoletnia córka Eliza – oczko w głowie tatusia. Żyje im się dobrze, ale ojciec wie, że świat stanie przed jego córką otworem tylko jeśli ona wyniesie się na zachód i tam zrobi studia. Zbliża się matura, od której wyników w dużej mierze zależy czy Eliza dostanie się na Uniwersytet w Anglii. Wydaje się, że wszystko idzie dobrze, aż do momentu gdy na dzień przed egzaminem dziewczyna pada ofiarą napaści. To wydarzenie zburzy cały plan.

20.11.2016

Ederly

"Ederly" reż. Piotr Dumała, Polska 2015 


Noc, mała miejscowość, z PKS-u wysiada mężczyzna. Jest zagubiony, nie bardzo wie gdzie się znalazł. Szuka miejscowej parafii gdzie ma zająć się konserwacją zabytków, ale zamiast do kościoła trafia do pięknego dworku w starym stylu. Zostaje zaproszony na kolację i wzięty za zagubionego członka dość osobliwej rodziny. Początkowo zaprzecza, ale ponieważ nikt mu nie wierzy, wchodzi w końcu w buty tego dawno nie widzianego syna, brata, kochanka. Brzmi absurdalnie? A to dopiero początek! 

06.11.2016

Dzieciństwo wodza

„The Childhood of a Leader” reż. Brady Corbet, Francja/Węgry/Wielka Brytania 2015

Przyznam, że dawno żaden film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. Wpadałam na pokaz lekko spóźniona, film już się zaczął, a w sali panowała niemal zupełna ciemność i tak właściwie zostało do końca bo „Dzieciństwo wodza” jest wizualnie bardzo mroczne. 

Akcja dzieje się głównie w ciemnym pomieszczeniach, wieczorami, w ciągłym mroku i ta mroczność jest przytłaczająca już od pierwszych scen. Jest duszno i nieprzyjaźnie, a nam dużo czasu zajmuje by się w tym nieprzyjaznym świecie odnaleźć. Nieprzyjemne uczucie potęguje niepokojąca, przeszkadzająca muzyka, stylem przypominająca ścieżki dźwiękowe z horrorów. 

07.10.2016

Moja pierwsza Kamera Akcja!


Szykowałam się na ten festiwal od dawna, w końcu to jedyna taka impreza: Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej. 
Co będę tam robić i oglądać, i dlaczego warto się tą imprezą zainteresować? 

Po pierwsze – filmy. Wiadomo :)



29.09.2016

Ostatnia rodzina

"Ostatnia rodzina" Jan P. Matuszyński, Polska 2016 

Jest w tej podglądanej rzeczywistości, zwykłości, codzienności coś potwornie mocnego. Jak podskórne trzęsienie ziemi, którego efekty widać dopiero o świcie, kiedy orientujemy się, że nie ma już nikogo. Jan P. Matuszyński drąży temat rodziny, tak jak na scenie robi to Henrik Ibsen, a w kinie Irańczyk Asghar Farhadi, jego „Ostatnia rodzina” nie jest filmem o Beksińskich artystach, a po prostu o rodzinie właśnie.

27.09.2016

Co obejrzę na 32 Warszawskim Festiwalu Filmowym


Największą frajdą na festiwalach filmowych jest wybieranie filmów. Ja to uwielbiam! To całe zakreślanie programu, czytanie opisów, sprawdzanie twórców. Szukanie jakiegoś kodu, klucza do filmów. I albo się trafi, albo nie. Najpiękniejsze na festiwalach są filmowe niespodzianki. Ja już czuję ten festiwalowy rush!

Wiem jednak, że wielu z Was zewsząd szuka pomocy. Co wybrać, żeby wyjść z kina zadowolonym? Szczerze mówiąc nie wiem. Sama mam na swoim koncie najpiękniejsze niespodziewane odkrycia i totalne porażki. I ta loteria jest chyba najfajniejszą częścią zabawy :) Gdyby interesowało Was na co ja planuję się wybrać na tegorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym, oto moja lista:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...